Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

 
 

Anielskie preludium

Tak trwało dzieciństwo trojga pastuszków, swobodne jak powietrze, wonne jak kwiaty i zioła na łące, przejrzyste jak błękit nieba.

Wieczorami w domu uczyli się katechizmu pod matczynym kierunkiem; w ciągu dnia pod wielkim niebieskim sklepieniem największej Bożej świątyni odmawiali różaniec.

Codzienne odmawianie różańca było obowiązkiem wpojonym przez mamę i narzuconym przez sumienie, czujne, gdyż nie pogwałcone; dlatego zawsze po podwieczorku albo w jakiejś grocie, albo w cieniu skały, albo na zielonym dywanie tuż przy stadzie owiec, odpoczywających w skwarze południa, odmawiali go wspólnie, klęcząc pobożnie.

Tylko że... (jak już powiedzieliśmy) byli dziećmi i czasami pragnienie przedłużenia zabawy brało górę. I co wtedy? Przerwać ją? Nie, byłoby szkoda! A zatem? Pomyśleli i wymyślili w końcu... drogę pośrednią: z różańcem w dłoni, robią pięknie znak krzyża, a potem przy pierwszym ziarnku jedno z nich mówi: Zdrowaś Maryjo!, a pozostali odpowiadają: Święta Maryjo, i to wystarcza. Wreszcie dochodzą do większego ziarnka, przy którym wszyscy razem mówią Ojcze nasz i także tutaj wystarczy to zaznaczyć. Tym sposobem szybko dochodzi się do ostatniego ziarnka; obowiązek jest spełniony, sumienie spokojne i można z całym spokojem powrócić do zabawy.

Błogosławiona prostoduszność, w obliczu której także Pan Bóg może tylko się uśmiechnąć...

W roku 1915 szalała już europejska pożoga.

Łucja miała wtedy osiem lat, Franek siedem, Hiacynta zaledwie pięć. W domu z pewnością słyszeli o wojnie, ale jakie wrażenie mogło wywrzeć na ich umysłach to straszliwe słowo? Taki spokój panował w rozsłonecznionej przestrzeni, która była ich królestwem!

Ale właśnie wojna sprawiła, że spojrzenie Boże spoczęło na trojgu dzieci z Fatimy, by przeobrazić je w wizjonerów i w posłańców zbawienia.

Łucja opowiada, że właśnie w 1915 roku (nie precyzuje daty, gdyż w owym czasie nie umiała liczyć nawet dni tygodnia), kiedy znajdowała się wraz z innymi pasterkami na wzgórzu zwanym Cabeço, nieopodal Aljustrel, i jak zwykle po posiłku zaczęły odmawiać różaniec, nagle zobaczyły nad laskiem w dolinie rozciągającej się u ich stóp unoszącą się w powietrzu dziwną białą postać, która wyglądała jakby była ze śniegu, a którą promienie słoneczne - było południe albo mniej więcej południe ­ przenikały, czyniąc przejrzystą.

Okrzyk zdumienia dobył się jednocześnie z wszystkich ust:

- Patrzcie! Co to jest?

Doznały także uczucia pewnego lęku, zbiwszy się więc w gromadkę dalej modliły się machinalnie nie spuszczając wzroku z białej, lśniącej zjawy, śledząc jej poruszenia. Lecz kiedy skończyły modlitwę, już jej nie widziały.

Nie wiemy, ile z tych dziewczynek kierując się właściwą płci niewieściej ciekawością wróciło z Łucją na to miejsce, żeby zobaczyć, czy zjawa ukaże się znowu; wiemy natomiast ze słów samej Łucji, że w ciągu kilku tygodni ukazała się jeszcze dwa razy.

(c.d.) Łucja, przezwyciężając naturalny impuls i prawdopo­dobnie ulegając płynącemu z głębi duszy podszeptowi, wystrzegała się opowiadania o tym komukolwiek. Czy możemy natomiast wyobrazić sobie, że inne zachowały milczenie? .. Tak więc wiadomość rozeszła się i dotarła także do uszu pani Marii Róży, która zwykła mieć jasne rozeznanie we wszystkim, co dotyczyło dzieci, więc wezwała córkę i bez żadnych wstępów rzekła:

- Powiadają, że widzicie nie wiadomo jakie rzeczy.

Słucham więc, o co tu chodzi? Mów!

- Nie mam pojęcia, mamusiu - odparła pogodnie Łucja. - Odmawiałyśmy różaniec, kiedy zobaczyłyśmy nad laskiem jakąś białą postać, która ... która ... która wyglądała jak człowiek owinięty w białe płótno. Ale po­tem, kiedy skończyłyśmy różaniec, zniknęła.

Matka potrząsnęła głową jakby chciała powiedzieć:

"Biedny głuptas".

Uznała, że nie warto przywiązywać wagi do tej sprawy. Minęły miesiące i przestano mówić o dziwnym zja­wisku, chyba że ktoś chciał od czasu do czasu podroczyć się z Łucją przypominając "człowieka w płótnie".

(c.d.) Przyszła wiosna 1916 roku. Wojna szalała w najlepsze.

W Portugalii jej tragiczne konsekwencje były jeszcze bardziej odczuwalne i jeszcze bardziej niszczycielskie wskutek bezlitosnych prześladowań religijnych, które prowadzono od wielu lat i które zmierzały do dechrystianizacji kraju, do przekształcenia Narodu Świętego Różańca w kryjówkę Antychrysta i w związku z tym coraz gęstsze i posępniejsze chmury zbierały się na horyzoncie.

Łucja razem z Frankiem i Hiacyntą, którzy odkąd uzyskali od mamy pozwolenie na zajmowanie się małym stadem owiec i znowu stali się jej ulubionymi i nierozłącznymi towarzyszami, znaleźli się na pastwisku na stoku Cabeço.

Zaczęło kropić, musieli więc rozejrzeć się za jakimś schronieniem i znaleźli małą grotę pod urwiskiem, ukrytą między drzewami, z wejściem skierowanym na wschód. Było im tam tak dobrze, że kiedy późnym rankiem niebo rozpogodziło się, ciągle jeszcze nie wychodzili stamtąd. Zjedli skromny posiłek, a potem odmówili różaniec i zaczęli bawić się w namiot.

W trakcie tej zabawy mocny poryw wiatru skłonił ich do uniesienia głów ... Ujrzeli wówczas nad laskiem, który rozciągał się u stóp wzgórza, rysującą się w powietrzu białą postać. Ale tym razem nie była nieruchoma; poruszała się jakby niesiona wiatrem, zbliżała się do nich a w miarę jak się zbliżała coraz lepiej rozróżniali rysy piętnastoletniego młodzieńca o nadludzkiej urodzie.

(c.d.) Łucja w ten sposób opisuje spotkanie z tajemniczą, świetlistą istotą:

Zbliżywszy się do nas, rzekł: »Nie lękajcie się! Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną«. Klęknął i pochylił czoło do samej ziemi.

Pchani jakimś nadprzyrodzonym impulsem, poszliśmy w jego ślady i powtarzaliśmy słowa, które słyszeliśmy z jego ust: »Boże mój, wierzę, wielbię, mam nadzieję i kocham Cię. Proszę Cię o wybaczenie dla tych, którzy nie wierzą, nie wielbią, nie mają nadziei i nie kochają Ciebie«. Kiedy powtórzył trzykrotnie te słowa, wstał i rzekł: »Tak się módlcie. Serca Jezusa i Matki Bożej są czułe na głos waszych błagań«. I zniknął.

Nadprzyrodzona atmosfera, która nas otacza­ła, była tak intensywna, że prawie nie mieliśmy świadomości własnego istnienia i przez dłuższy czas trwaliśmy tak, jak nas zostawił, ciągle powtarzając tę samą modlitwę. Obecność Boga była niezwykle mocno i głęboko wyczuwalna, więc nie mieliśmy śmiałości, żeby zamienić mię­dzy sobą choćby jedno słowo. Następnego dnia czuliśmy jeszcze, że nasze umysły są pogrążone w tej atmosferze, która dopiero stopniowo zaczęła zanikać."

(c.d.) Latem, na przełomie lipca i sierpnia, kiedy dzieci bawiły się razem w ogrodzie Łucji, koło studni, ujrzały, jak nagle wyłania się tuż przy nich ta sama osoba i mówi, według relacji Łucji:

- Co robicie? Módlcie się! Musicie dużo się modlić! Serce Jezusa i Maryi mają wobec was zamysły miłosierdzia. Ofiarujcie bezustannie Najwyższemu modlitwy i ofiary.

- Jak mamy składać ofiary? - zapytałam.

- Z wszystkiego, co macie, złóżcie ofiarę jako akt zadośćuczynienia za grzechy, które Go obrażają, i błagania o nawrócenie grzeszników. W ten sposób uzyskacie pokój dla waszej ojczyzny. Jestem jej Aniołem Stróżem, Aniołem Portugalii. Przede wszystkim przyjmujcie i znoście ulegle cierpienia, jakie Pan Bóg na was ześle.

Było to naj prawdziwsze zwiastowanie i nie mogło być naj mniej szych wątpliwości co do tego, skąd pochodziło.

Chociaż dzieci były małe i niewiele wiedziały, zdały sobie z tego sprawę, i wprawdzie w owej chwili nie potrafiły zinterpretować ani urzeczywistnić w pełni zachęty do ofiary, zaczęły jednak rozumieć jej wartość i ofiarowywać Panu Bogu to wszystko, co mogło być dla nich umartwieniem.

 

Łaska działa zwykle stopniowo, tak więc Anioł uniósł ich nad ziemię na pierwszy ledwie stopień, ale na tym stopniu stali już pewną stopą, posłuszni i bezwiednie przygotowujący się do wysokości znacznie wspanialszych...

(c.d.) Dwa lub trzy miesiące później, kiedy znowu wspięli się ze swoimi owcami na Cabeco i znowu skryli się w grocie objawienia, żeby odmówić różaniec i modlitwę Anioła, której teraz pod żadnym pozorem nie mogli zaniedbać, Anioł powrócił.

Był niezwykle jaśniejący, jakby odziany w światło raczej niż w śnieg i trzymał w dłoni kielich a nad nim Hostię, z której ściekały do kielicha krople krwi...

Kielich i Hostia pozostały w cudowny sposób zawieszone w powietrzu w środku skrzącej się aureoli, kiedy Anioł ukląkł obok nich i zachęcał, żeby trzykrotnie powtórzyli modlitwę:

Najświętsza Trójco, Ojcze, Synu i Duchu Święty, wielbię Cię w głębi duszy i ofiaruję Ci drogocenne Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa obecnego we wszystkich tabernakulach na całej ziemi jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, które Go znieważają. I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca oraz Niepokalanego Serca Maryi proszę Cię o nawrócenie nieszczęsnych grzeszników.

(c.d.) Potem - opowiada Łucja - wstał, wziął znowu w ręce kielich i dał Hostię mnie, to, co było w kielichu, dał do wypicia Hiacyncie i Frankowi, mówiąc przy tym: »Bierzcie i pijcie Ciało i Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważonego przez niewdzięcznych ludzi. Zadośćuczyńcie za ich zbrodnie i pocieszcie waszego Boga«.

Znowu klęknął i powtórzył razem z nami trzykrotnie tę samą modlitwę. Potem zniknął.

  Anioł

Już nie wróci!

Nie wróci, ponieważ jego posłannictwo zostało wypełnione.

Miał zwiastować i zwiastował.

Miał przygotować dusze do niebiańskich wizji i przygotował je.

Miał doprowadzić ich do zrozumienia, jakie posłannictwo miłosierdzia zostało im wyznaczone, i wyjaśnił im to z największą jasnością.

Miał uczynić ich godnymi zobaczenia, jak "otwiera się niebo", i rozmawiania z Królową niebios i uczynił to poprzez rajską Komunię, wskutek której od tej pory cała ich istota - dusza i zmysły - drżeć będzie na wspomnienie o Bogu żywym.

Odchodzi... żeby powiedzieć Temu, który go posłał: "Są gotowi".

W tym czasie szczęśliwi wybrańcy klęczą na ziemi, osłupiali, unicestwieni, i powtarza ją modlitwę, którą Anioł słowo po słowie wyrył w ich umysłach i sercach.

Słońce schowało się za góry a oni jeszcze się modlili, niepamiętni na nic i na nikogo. Aż wreszcie Franek podniósł wzrok, dostrzegł pierwsze cienie wieczoru, przywołał do rzeczywistości siostrzyczkę i kuzynkę, i razem czym prędzej ruszyli w stronę domu, z duszami jeszcze w uniesieniu po wizji i upojonymi cudem Ciała i Krwi Chrystusa...

"Fatima", I. Felici.