Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Cova da Iria

Po drodze Łucja, nie wiedząc zbyt dobrze dlaczego, ale posłuszna wyraźnemu i stanowczemu głosowi, gorąco zalecała kuzynom - podobnie jak poprzednio - żeby nikomu nie mówili o wydarzeniu, nawet mamie. Dlatego też, kiedy dotarli do domu i usprawiedliwili się jakimś prawdopodobnym pretekstem ze swojego niezwykłego spóźnienia, mogli zjeść spokojnie kolację i spokojnie położyć się spać, być może nawet wcześniej niż zwykle, gdyż w ich zachowaniu było coś niezwykłego, co mogło robić wrażenie zmęczenia.

Ale w ciągu następnych dni bliscy musieli zauważyć w nich dziwną odmianę nastroju.

Rzeczywiście - jak potwierdza sama Łucja - w wyniku tych objawień a zwłaszcza po ostatnim, byli przez cały czas jakby zniewoleni przez nadprzyrodzone promieniowanie Aniola i przez kilka dni odrętwiali, zamroczeni, nieobecni duchem do tego stopnia, że Hiacynta mówiła naiwnie:

- Nie wiem, co czuję. Nie mogę już mówić ani śpiewać, ani bawić się. Nie mam siły na nic.

A Franek potwierdzał:

- Ze mną jest tak samo.

Ale pośród tego szarego odrętwienia wznosił się obraz Anioła, świetlisty i zachwycający, a to skłoniło małego mężczyznę do powiedzenia:

- Co to ma za znaczenie? Anioł jest piękniejszy niż wszystko.

Potem powoli powracali do normalnego stanu i nosząc w sercach swój wielki sekret zaczynali jednak śpiewać, zaczynali radosne i pełne życia zabawy - jak zawsze. I tak powinno być, Anioł bowiem przybył, żeby ich pokrzepić, nie zaś pognębić.

Przez całą zimę nie zdarzyło się nic nowego; trójka dzieci stała się już trwale bardziej milcząca i grzeczna, ale ofiara modlitwy i małych poświęceń dla Boga rozwijała się całkowicie w najściślejszej tajemnicy i nikt nie mógł domyślić się tego, co dojrzewało w nich i wokół nich.

Tak trwało do wiosny 1917 roku, czwartego roku wojny. Wydawało się, że konflikt wkracza w rozstrzygającą fazę, ale w Rosji zatryumfował bolszewizm, a również Portugalia, padła ofiarą straszliwych konwulsji, które kazały lękać się o jej duchową przyszłość.

Gdyby ktoś powiedział, że w bezludnych okolicach Fatimy przygotowuje się zwycięska ofensywa nieba przeciwko piekłu, a bohaterami jest troje pastuszków w wieku od siedmiu do dziesięciu lat, uznano by go za niespełna rozumu.

 

A właśnie tak było.

Wśród miejsc wskazanych naszej trójce przez bliskich, żeby tam prowadziła owce na wypas, a przez całą trójkę ulubionych, była Kotlina Irii (po portugalsku Cova da lria), mała, dosyć urodzajna dolina, mierząca jakieś 500 metrów średnicy, odległa od Fatimy o trzy kilometry. Rodzice Łucji mieli tam małą farmę z kilkoma dębami i kilkoma drzewkami oliwnymi.

Był trzynasty maja, niedziela przed Wniebowstąpieniem. Łucja, Franek i Hiacynta najpierw udali się wcześnie rano do Fatimy, żeby uczestniczyć we Mszy świętej razem ze swoimi rodzinami, zgodnie ze skrupulatnie przestrzeganym w pobożnych domach zwyczajem, a około dziesiątej spędzili w jedno stado swoje owce i postanowili popędzić je do Cova, gdzie łąki były w kwiatach i owce znalazłyby w obfitości delikatną majową trawę. Słońce jaśniało pełnym blaskiem, a w powietrzu unosiło się bogactwo tysięcy zapachów.

 
   
Dotarli na miejsce koło południa - według zegara - przez jakiś czas chodzili za stadem, aż nadeszło prawdziwe południe, które każdy pasterz szybko uczy się rozpoznawać po słońcu, jego niezawodnym zegarze, i przystąpili do odmawiania jak zawsze różańca i jedzenia przyniesionego ze sobą posiłku, a wreszcie mogli oddać się zwykłym zabawom... Tego dnia zabawa była bardziej ponętna niż zwykle, gdyż chodziło - ni mniej, ni więcej - o budowę domu z kamieni, które Franek mozolnie wydobywał z ziemi i spośród żywopłotów.

Ledwie zabrali się do dzieła z wielką energią i zapałem, kiedy nagle oślepił ich błysk, który, jak się im wydawało, przeorał swym płomieniem horyzont. Z przerażeniem spojrzeli na niebo. Było nadal bezchmurne, bez jednej chmurki choćby wymiarów kłębka waty, a słońce świeciło pełnym blaskiem.

Spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami:

- Co to?... I skąd to się wzięło?

Łucja pomyślała i poczęła argumentować. Czasami zdarza się, że burza zbiera się za górami, żeby w pewnej chwili przebyć je i rozpętać się gwałtownie.

Lepiej będzie, jeśli wrócimy do domu.

 

 

Kuzyni, jeszcze bardziej przerażeni niż ona, zgodzili się natychmiast. Porzucili swoją budowlę, zebrali owce w stado i ruszyli w dół zboczem, biegnąc przed owcami. Kiedy znaleźli się w połowie stoku i przechodzili obok mocnego dębu (istniejącego po dziś dzień), oślepił ich kolejny błysk, jeszcze jaśniejszy niż poprzedni.

Tym razem naprawdę zaczęli drżeć na całym ciele i ruszyli ile sił w nogach, popędzając owce, żeby się nie opóźniały.

Ale kiedy dotarli na dno kotliny, musieli się zatrzymać, oniemiali i zdumieni. Przed nimi w odległości dwóch kroków, nad małym zieleniejącym dąbkiem, wysokim niewiele ponad metr, stała młodziutka Pani nieopisanie piękna, jaśniejąca bardziej niż słońce, która pełnym wdzięku gestem i pieszczotliwym głosem uśmierzyła ich niepokój.

Łucja opisuje to pierwsze spotkanie z Najświętszą Panną w tych słowach:

Ujrzeliśmy na dąbku Panią ubraną całkiem na biało, bardziej jaśniejącą niż słońce, rozsiewającą światło jaśniejsze i mocniejsze niż kryształowy kielich pełen krystalicznej wody, przez który przenikają promienie najjaskrawiej świecącego słońca. Przystanęliśmy, zaskoczeni zjawą. Byliśmy tak blisko, że obejmowało nas światło, którym Ona była otoczona lub które wokół siebie rozsiewała. Mniej więcej w odległości półtora metra.

Wtedy Matka Boska powiedziała:
- Nie lękajcie się. Nie zrobię wam nic złego.
- Skąd Pani przybywa? - spytałam.
- Przybywam z nieba.
- Czego żąda Pani ode mnie?
- Przybywam prosić was, byście przychodzili tutaj przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia każdego miesiąca, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego od was chcę. Następnie wrócę tutaj po raz siódmy.

 
- A ja też pójdę do nieba?
- Tak.
- I Hiacynta?
- Ona też.
- I Franek?
- On też, ale musi odmówić wiele różańców.

Przypomniałam sobie wtedy o dwóch zmarłych niedawno dziewczynkach. Były to moje przyjaciółki i przychodziły do mnie, by uczyć się tkania u mojej najstarszej siostry.
- Czy Maria das Neves jest już w niebie?
- Tak, jest w niebie. (Wydaje mi się, że musiała mieć jakieś 16 lat).
- A Amelia?
- Pozostanie w czyśćcu aż do końca świata. (Wydaje mi się, że miała 18-20 lat.)
- Czy chcecie oddać się Bogu i znosić wszystkie cierpienia, jakie zechce na was zesłać, w zadośćuczynieniu za grzechy, które Go znieważają, i jako modlitwę błagalną za nawrócenie grzeszników?
- Tak, chcemy.
- Tak więc musicie dużo przecierpieć, ale łaska Boga doda wam otuchy.

Kiedy wypowiadała te ostatnie słowa ("łaska Boga..."), po raz pierwszy otworzyła dłonie przekazując nam intensywne światło, jakiś rodzaj blasku, który z nich się dobywał i przenikał nam piersi aż do głębi duszy, sprawiając, że samych siebie widzieliśmy w Bogu, będącym tym światłem, wyraźniej niż widzimy siebie w najlepszym nawet zwierciadle. Wtedy jakiś głęboki, przekazany nam impuls kazał paść na kolana i powtarzać z głębi serca: »Najświętsza Trójco, wielbię Cię, Boże mój, Boże, kocham Cię w Najświętszym Sakramencie«.

Po jakiejś chwili Matka Boska dodała:
- Odmawiajcie różaniec codziennie, by uzyskać pokój na świecie i zakończenie wojny.

Potem zaczęła wznosić się łagodnie i przesuwać ku wschodowi, aż zniknęła w ogromnej odległości. Światło, które Ją otaczało, jakby otwierało drogę w gęstwinie ciał niebieskich i dlatego czasem mówiliśmy, że widzieliśmy, jak otwiera się niebo.

"Fatima", I. Felici.