Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Pole chwały

 
   

Wystarczy pomyśleć o tym, z iloma osobami mógł rozmawiać o wydarzeniu każdy z tych, którzy 13 czerwca przybyli do Cova da Iria, żeby uświadomić sobie, ile czasu trzeba było, żeby rozeszła się nowina mówiąca, że Matka Boska raz jeszcze ukazała się pasterzom z Aljustrel.

Rzeczywiście, po kilku dniach objawienie stało się ulubionym i niewyczerpanym tematem wszystkich rozmów nie tylko w Fatimie, ale także w całej okolicy. Jeden mówił fantazji, inny o sugestii, inny o sztuczce, jeszcze inny spekulowaniu... Niewielu było takich, którzy znając dobrze wizjonerów i wiedząc, że niezdolni są do kłamstwa, przyznawali, iż to wszystko może być prawdą. Księża należeli do sceptyków najbardziej niepoprawnych, a do takich, których najtrudniej było przekonać, należał proboszcz Fatimy; chociaż na wszelki wypadek zasięgał dokładnych informacji o sprawie, nie ukrywał swojego niedowierzania i jasno mówił wszystkim: "To fantazja rozegzaltowanych umysłów. Nie dawajcie posłuchu, nie dawajcie posłuchu".

Nie brakowało jednak takich, którzy dzień w dzień udawali się na miejsce objawienia albo z ciekawości, albo żeby dyskutować, albo żeby snuć domysły na temat dużego i małego dębu, albo po prostu, żeby odmówić różaniec.

Rodziny Marto i dos Santos nie mogły więc pozostawać obojętne ani na samo wydarzenie, ani na to wszystko, co mówiono, a co dotyczyło ich tak bezpośrednio i zmuszało, choćby ze względu na honor, do zajęcia wyraźnego i zde­cydowanego stanowiska.

Olimpia postanowiła wezwać dzieci i przybrawszy minę stosowną do jakiejś odświętnej okazji, napomniała je ostro:

- Oszukujecie ludzi. To przez was takie tłumy chodzą do Cova da Iria. Uważajcie, żebym nie przemówiła wam do rozumu.

Jednak dzieci broniły się z zaskakującą energią i stanowczością.

- Przecież nikomu nie kazaliśmy tam chodzić. Kto chce idzie, a kto nie chce, nie, ale my tam chodzimy. Kto potem nie wierzy, może oczekiwać na karę Boską. Także ty, mamusiu, będziesz ukarana, jeśli nie uwierzysz.

Te ostatnie słowa, wypowiedziane tak stanowczo przez dwójkę dzieci grzecznych i kochających rodziców, zaparły pani Marto dech w piersi. Nieczęsto się bowiem zdarza, żeby tego rodzaju słowa dziecko wypowiedziało samo z siebie i żeby w ten sposób rzucało je w twarz matce.

(c.d.) Natomiast pani dos Santos, znużona całą tą wrzawą wokół jej nazwiska i domu, doszła do wniosku, że nadszedł czas złojenia Łucji skóry, a ponieważ była coraz bardziej przekonana, że to właśnie przede wszystkim Łucja jest odpowiedzialna za całe oszustwo, obiecała sobie, że będzie ją biła codziennie przy byle okazji i pod lada pretekstem.

Pod koniec czerwca proboszcz przysłał wiadomość, że chce zobaczyć się z nią i z córką.

Maria Róża odetchnęła z ulgą.

- O Boże, dziękuję Ci za to, że w końcu on będzie musiał wyjąć te kasztany z ognia. - I zaraz zawiadomiła o wszystkim córkę specjalnie szorstkim tonem:

- Jutro rano idziemy na Mszę, a potem do księdza proboszcza. Niech on cię ukarze... niech robi, co zechce. Jestem z tego zadowolona. Byleby tylko skłonił cię do wyznania, że kłamałaś...

Obecne przy tym siostry jeszcze podbijały bębenka:

- Z proboszczem nie ma żartów. Nasłuchasz się… Rózgą wymierzy ci sprawiedliwość!

Łucja milczała i kiedy tylko mogła, pobiegła zawiadomić kuzynów.

- My też tam idziemy – odparli. - Ksiądz proboszcz kazał powtórzyć matce, że ma nas ze sobą zabrać, ale nic nie powiedziała, że ma zrobić nam coś złego. - Potem dodali:

- Jeśli nas zbiją, musimy to znieść. Będziemy cierpieć z miłości do naszego Pana i za grzeszników.

Następnego ranka Maria Róża ruszyła do Fatimy z córką. Przez całą drogę ani razu nie otworzyła ust. Tak zwykle się zachowywała, kiedy była rozdrażniona.

Wysłuchały Mszy świętej - podczas której Łucja, jak mówi, "ofiarowała swoje cierpienia Bogu" - a potem poszły na plebanię. Kiedy szły po schodach, Maria Róża przerwała w końcu uporczywe milczenie, ale jedynie po to, żeby rozładować swój zły humor.

- Przestań mnie wreszcie dręczyć - rzekła. - Powiedz księdzu proboszczowi, żeś kłamała, aby w najbliższą niedzielę mógł wyprowadzić ludzi z błędu i wreszcie z tym skończyć. Może wszyscy powinni pobiec do Cova da Iria i modlić się przed dębem!?

(c.d.) Maria Róża z Łucją przyszły do proboszcza Fatimy.

Poczciwy ksiądz nie pokazał małej winowajczyni tego groźnego oblicza, o którym często matka i siostry próbowały ją przekonać. Był wobec nich bardzo ujmujący i ojcowski.

- Chodź tu, moja córko. A więc... opowiedz mi ze szczegółami, bez żadnego skrępowania i strachu i nie mieszając prawdy z kłamstwem, co właściwie widziałaś i słyszałaś w Cova da Iria.

Łucja opowiedziała. Ksiądz zadawał pytania, prosił o wyjaśnienia, a ona mówiła z całą szczerością, ale nie wyznając powierzonej jej tajemnicy. Wreszcie proboszcz oznajmił z powagą:

- Nie wydaje mi się, żeby rzecz ta była z nieba. Co więcej, kiedy nasz Pan rozmawia z jakąś duszą, każe jej zdać rachunek spowiednikowi i proboszczowi. A ta dziewczynka zamyka się w swoim milczeniu. Musi to być wybieg diabła. Przyszłość ukaże nam prawdę.

Była to opinia uczciwa, uczciwie wyrażona, a zatem godna szacunku.

Ale tym, co wzburzyło wielce i zgorszyło wizjonerkę, było zdanie: "Musi to być wybieg diabła".

A jeśli jest tak naprawdę?... Jeśli naprawdę demon chce ją zgubić posługując się sposobem tak pociągającym?...

(c.d.) Nie wiedząc do kogo zwrócić się z tymi wątpliwościami, Łucja zwierzyła się swoim towarzyszom.

- Nie - odpowiedziała ze zwykłą sobie energią mała kuzynka. - To nie diabeł. Nie. Diabeł, powiadają, jest brzydki i mieszka pod ziemią, w piekle. A ta Pani jest bardzo piękna i widzieliśmy, jak wznosi się do nieba.

To było sensowne. I chociaż te słowa padły z ust dziewczynki mniejszej niż ona sama, Łucja uspokoiła się. Ale w miarę upływu dni i pośród głuchej niechęci bliskich i znajomych, lęk powrócił z taką siłą, że poczęła rozmyślać czy by nie przestać chodzić do Cova da Iria. Wtedy skończyłoby się wszystko i odzyskałaby trochę spokoju. Byłoby dla niej wielkim poświęceniem wyrzec się widoku niebiańskiego oblicza, ale skoro może być ono - nawet ono! - pułapką diabła?

Wieczorem 12 lipca spokojna osada Aljustrel była niezwykle ożywiona. Nawet z daleka przybyli ludzie pragnący uczestniczyć w wydarzeniach następnego dnia. W domach, na drogach, w najrozmaitszych kręgach tylko o tym mówiono. Łucja podjęła postanowienie. Poszła do swoich kuzynów i powiedziała im ze łzami w oczach:

- Wy idźcie, ale ja nie pójdę. Jeśli Pani zapyta o mnie, powiedzcie, że nie przyszłam, bo boję się, że jest diabłem.

"Fatima", I. Felici.