Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Ku szczytom

 
   

Odkąd najpierw Anioł, a później Matka Boska napomnieli trójkę dzieci, by modliły się za biednych grzeszników, którzy taką goryczą przepełniają Boskie Serce i ściągają na siebie straszliwe kary, stały się one zamyślone i nie zaznały już spokoju.

Hiacynta myślała: "Idą do piekła!" - i pytała Łucję: Co to jest piekło?

Łucja dosyć doświadczona w sprawach wiary, wyjaśniła:

- Piekło to bardzo głęboki dół pełen bestii, z ogromnym ogniem, gdzie rzucani są właśnie ci, którzy grzeszą i nie spowiadają się ze swoich grzechów. Będą tam płonąć zawsze.

To „zawsze” przerażało Hiacyntę.

- A jakże!... już stamtąd nie wyjdą, nawet po wielu latach?

- Nie - odpowiedziała Łucja. - Nie wyjdą nigdy, ponieważ zostali potępieni na wieczność.

„Wieczność" - powtarzała Hiacynta jakby chciała dobrze wyryć sobie w pamięci to słowo tak przekraczające
wszelką miarę. I w końcu ukrywała twarzyczkę w dłoniach, żeby owej wieczności "nie widzieć", a może właśnie, żeby ",,widzieć lepiej".

Chwilowo nie pytała o nic więcej, ale później, przy pierwszej okazji wracała do tej sprawy, jak ktoś, kto ma głowę zaprzątniętą jedną myślą:

- To piekło nie skończy się nawet po wielu, wielu latach?

Łucja odpowiedziała:

- Nie, nie skończy się nigdy.

Wtedy Hiacynta:

- A jeśli będziemy się bardzo dużo modlić za grzeszników, jeśli będziemy się za nich poświęcać?... Wtedy Bóg nie będzie już ich posyłał do piekła, prawda?

Potem wyciągała wniosek:

- Jaka dobra jest Pani, bo obiecała przecież, że zabierze nas do raju. - Niechętnie przystępowała do zabawy, bez żadnej chęci i po to tylko, żeby po chwil znowu wykrzyknąć ze zdumieniem malującym się n twarzy:

- Biedacy. Musimy modlić się i dokonywać za nich wielkich ofiar.

Natomiast Franka, chociaż z pozoru miał naturę chłodniejszą niż jego siostrzyczka, odkąd przeniknęło tajemnicze światło dobywające się z dłoni Matki Boskiej, całkowicie opanowało wyobrażenie Boga, a szczególnie wyobrażenie Boga znieważonego i dlatego zasmuconego. Grzesznikami zajmował się tylko dlatego, że powodował smutek Pana. Ta myśl dręczyła go.

(c.d.) Kiedy pewnego dnia przybyli na pastwisko, także Franek poczuł potrzebę zaszycia się w jakimś samotnym miejscu i nie chciał go opuścić nawet na posiłek.

Kiedy zapytano go, czemu pozostaje tam tak długo, odpowiedział:

- Myślę o Panu Bogu, który jest taki smutny z powodu wielkiej liczby grzechów... Och, gdybym tylko mógł sprawić, żeby był zadowolony!

Pragnąc pocieszyć Boga, cały dzień spędził na poście i modlitwie.

Często rozmawiając z Łucją i Hiacyntą powtarzał:

- Z przyjemnością patrzyłem na Anioła, a z jeszcze większą na Matkę Boską, ale najbardziej mi się podobał widok Boga w tym wielkim świetle. Tak mi się podoba nas Pan! Ale jest taki zasmucony z powodu wielkiej liczb grzechów... My nigdy nie popełnimy żadnego grzechu.

A na pytanie, czy bardziej zależy mu na pocieszeniu naszego Pana, czy też na nawróceniu grzeszników, aby nigdy już dusze nie szły do piekła, odpowiedział:

Chciałbym pocieszyć naszego Pana, a potem nawrócić grzeszników.

Można by powiedzieć, że Matka Boska chciała podzielić między trójkę wizjonerów zrozumienie powagi grzechu, przenikając dziewczynki poczuciem nieodwracalnej szkody, jaką grzech wyrządza temu, kto go popełnia, a chłopca świadomością bólu, jaki grzech wyrządza Panu Bogu, by z tych dwóch odmiennych postaw duchowych trysnęło lepiej odczute i doskonalsze pragnienie Boga i dzieło zadośćuczynienia.

Właśnie Franek - jak widzieliśmy - wymyślił i zapro­ponował pierwsze poświęcenie wyrzekając się posiłku na rzecz… owiec, ale potem bardzo szybko obrali sobie god­niejszy cel. Często spotykali dzieci z dwóch ubogich rodzin, które żyły z jałmużny. "Oddamy nasze jedzenie tym biedakom?" I tak robili za każdym razem, kiedy ich spotykali, z wyraźną intencją za "nawrócenie grzeszników".

Ale nie byli jeszcze z siebie zadowoleni. Uśmierzali więc protesty żołądka korzonkami, gorzkimi ziołami i żołędziami, wyrzekając się wszelkich smacznych owoców i przyjemnych napojów, jakie im ofiarowywano, i rywalizowali w wynajdowaniu i proponowaniu ciągle nowych umartwień.

(c.d.) Pewnego dnia, kiedy matka Łucji zaprosiła ich na skosztowanie doskonałego miodu pitnego, który sama przygotowała, Franek wymówił się zręcznie, a Łucji, która zauważywszy to, zapytała go później, czemu się wymówił, odpowiedział szczerze:

- Chciałem dokonać małego poświęcenia, żeby pocie­szyć naszego Pana.

„Nawracać grzeszników" i "pocieszać zmartwionego Pana” stało się tym, co bezbożnik nazwałby „zaczarowaniem”. Odkąd Matka Boska pokazała im piekło przeznaczone dla nie skruszonych grzeszników, pragnienie uwolnienia od tej strasznej męki możliwie jak najwięcej dusz wzrosło tak bardzo, że prawie ich spalało.

Wydawało się, że Hiacynta nie jest już dzieckiem. Często siadała zamyślona i powtarzała sama do siebie:

Piekło... Piekło... Jaki ból zadają mi dusze idące do piekła!..." Klękała wtedy drżąc, z rękami złożonymi, i modliła się: »O mój Jezu, wybacz nam nasze winy...«

Kiedy indziej, jakby znowu nagle ukazała się jej przerażająca wizja, krzyczała:

- Łucja, Franku, módlcie się, módlcie razem ze mną. Trzeba dużo się modlić, żeby uratować dusze od piekła. Tyle ich tam trafia!... Dlaczego Matka Boska nie pokaże grzesznikom piekła? Gdyby je zobaczyli, nie grzeszyliby już i nie trafiali tam. Musisz powiedzieć Pani, żeby pokazała piekło wszystkim tym ludziom (którzy gromadzili się w Cova da Iria), zobaczysz, że się nawrócą...

I powtarzała w zamyśleniu:

- Tyle ludzi trafia do piekła! Tyle ludzi!...

Łucja pocieszała ją:

- Nie bój się, ty pójdziesz do nieba.

Na to Hiacynta:

- Wiem, ale chciałabym, żeby poszli tam też wszyscy ludzie.

Franek był ogarnięty takim samym lękiem i pragnie­niem. Łucja, od której wiemy o tym wszystkim, nic nie mówi o sobie. Ale łatwo możemy się domyślić, co czuła.

(c.d.) Była pełnia lata i wczesnym rankiem, Łucja, Franciszek i Hiacynta, wyruszyli ze swoim stadem, kierując się ku dosyć odległemu miejscu, gdzie mieli pozostać do wieczora.

Po drodze spotkali swoich "małych przyjaciół", w któ­rych rękach znalazło się całe pożywienie. Koło południa słońce zaczęło naprawdę palić i wydawało się, że to jałowe i kamieniste miejsce zamieniło się w piec. Byli głodni, ale najbardziej dokuczało im pragnienie, które jest naprawdę czymś bardzo złym. Przez jakiś czas wytrzymywali, ofiarując pragnienie Bogu za nawrócenie grzeszników, ale koło drugiej po południu nie mogli już tego znieść. Łucja - największa i najśmielsza - postanowiła pójść do sąsiedniej wioski i poprosić o trochę wody. Po chwili wróciła z dzbanem pełnym wody i kawałkiem chleba ofiarowany­mi chętnie przez jakąś miłą staruszkę, która ulitowała się nad nią widząc, że taka jest zadyszana i zmęczona.

Podzielili się i zjedli we trójkę chleb, którego ledwie mogło wystarczyć, by nasycić jedne usta, ale kiedy chodziło o picie, Franek powiedział z męską dumą:

- Nie chcę pić.

- Dlaczego - spytała Łucja.

- Bo chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników i żeby pocieszyć zmartwionego Jezusa.

Hiacynta, która z pragnienia nie mogła już prawie wydobyć z siebie głosu, zachęcona tym przykładem, wykrzyknęła:

- Ja też chcę poświęcić się za grzeszników.

Łucja, której jeszcze bardziej chciało się pić niż tamtym dwojgu, nie powiedziała "nie piję". Wzięła dzban i wlała całą wodę w zagłębienie kamienia, żeby wypiły ją owce, a następnie ruszyła w drogę, żeby oddać dzban staruszce...

Upał nie ustępował, w słońcu wygrzewały się rozśpiewane świerszcze i cykady, a wtórowały im żaby z bagna, tworząc muzykę monotonną i ogłuszającą.

Wyczerpana Hiacynta poczuła się źle. Z tą piękną dziecinną prostotą, którą zachowała do samej śmierci, powiedziała kuzynce:

- Tak mnie boli głowa. Już nie mogę. Powiedz tym żabom i cykadom, tym świerszczom, żeby były trochę ciszej…

Uparty Franek zapytał ją:

- Nie chcesz cierpieć za grzeszników?

Słabiutkim głosikiem, ale z żelazną wolą wytrwania, pastereczka odpowiedziała:

- Tak... chcę... Niech sobie śpiewają.

Można powiedzieć, że z nieforemnego bloku kamienia, kształtowanego biegłą dłonią niewidzialnego artysty, zaczęło teraz wyłaniać się cudowne arcydzieło.

"Fatima", I. Felici.