Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Ofensywa piekła

 
   

Dzieci przygotowywały się, umartwiając się i poszcząc, do czwartego spotkania, na które coraz większa rzesza oczekiwała z niecierpliwością i wzburzeniem, z dnia na dzień coraz bardziej przypominającym epidemię.

Także prasa zaczęła zajmować się wydarzeniami w Fatimie. Prasa katolicka, żeby doradzać rozsądek i ostrożność, inna zaś - prasa liberalno-masońska - by tryskać jadem nie tylko na bohaterów i ich rzekomych wspólników, ale na wszystko, co najświętsze.

Trzy lub cztery tysiące osób - tyle bowiem zgromadziło się w Cova da Iria 13 lipca z powodu domniemanego nadprzyrodzonego zjawiska - to było zbyt wiele, żeby nie obudzić niepokoju. Rozpuszczono bezwstydne pogłoski o klerykalnej sztuczce wymyślonej, żeby podżegać fanatyczny lud przeciwko republikańskim instytucjom. I doszło nawet do tego, że zaczęto insynuować, iż ponieważ niedawno odkryto w tych stronach źródło wody mineralnej, próbuje się rozsławić je przy pomocy tego reklamowego chwytu w celu osiągnięcia ładnego zysku. "Jak w Lourdes" - powtarzano bezczelnie.

W sumie chciano całą sprawę okryć śmiesznością, gdy przeciwko pokojowo nastawionemu tłumowi modlących się i białemu obłoczkowi siłą nic wskórać się nie zdoła albo niewiele.

W Villanova, w Ourern na szczęście dla portugalskiego antyklerykalizmu i masonerii, pieczę nad porządkiem publicznym i republikańskimi instytucjami tak poważnie zagrożonymi sprawował zarządca - lub burmistrz - pełen energii pan Arturo d'Oliveira Santos, gorliwy obrońca prawa, a także najwierniejszy sługus kliki, który mocny swoim prawem zakazu jakiejkolwiek manifestacji religijnej poza zamkniętym obrębem kościoła i w pełni przekonany, że chodzi o sprytną komedię odgrywaną przez księży – interweniował ze swej strony z mocnym postanowieniem unieśmiertelnienia się dzięki radykalnym posunięciom.

A radykalne posunięcie polegało, jego zdaniem, na narzuceniu całkowitego milczenia bohaterom.

(c.d.) Z tym stanowczym zamiarem wydał 11 sierpnia – można by powiedzieć w wigilię niebiańskiego spotkania – polecenie, żeby Łucja, Franek i Hiacynta stawili się w jego biurze, gdyż chce im przekazać ważną wiadomość.

Pan Marto zrozumiał, co się święci, i sam udał się do burmistrza, żeby dowiedzieć się, w czym rzecz, ale dzieci zostawił w domu. Co u licha!... Za dwoje dzieci, siedmio i ośmioletnie, może chyba odpowiadać ich prawny opiekun! Tatuś Łucji natomiast uznał, że lepiej będzie zaprowadzić dziewczynkę, chociaż w Aljustrel powiadano, w dobrej lub złej woli, że ten mężczyzna zdolny jest do wszystkiego i kto wie, po jakie sposoby może sięgnąć, żeby osiągnąć swój cel.

Przed wyruszeniem Łucja poszła pożegnać się z kuzynami. Jeśli prawdą jest to, co ludzie mówią, być może już się nie zobaczą, ale Hiacynta, dumna jak nigdy, powiedziała obejmując ją ramionami:

- Jeśli będą chcieli Cię zabić, powiedz, że ja i Franek jesteśmy tacy sami jak ty i też chcemy umrzeć… Teraz pójdziemy do twojego ogrodu i będziemy się za ciebie modlić.
Słowa godne Chrystusowego mocarza, jedne z tych, które nieraz sprawiały, że tyranowi wypadała broń z ręki, i które Kościół zapisał złotymi zgłoskami, w całej ich męczeńskiej chwale.

Kiedy pan Marto stawił się przed burmistrzem, czekała go uroczysta i surowa nagana za to, że nie wykonał polecenia przyprowadzenia dzieci, a Łucja poddana została drobiazgowemu, natarczywemu i surowemu śledztwu.

Zdaje się, że strażnikowi prawa najbardziej na sercu leżała słynna tajemnica, o której doszły go słuchy, ale Łucja się nie ugięła. Zabroniono jej wyjawienia tajemnicy, więc jej nie wyjawiła. Tak więc burmistrzowi pozostało tylko sporządzenie protokołu, a nie omieszkał przy tym postraszyć głośnym głosem, że chce uzyskać jasność co do całej sprawy, nawet gdyby musiał w tym celu zabić całą trójkę.

(c.d.)Pod wieczór „mała buntowniczka” wróciła do domu i zaraz pobiegła do kuzynów.

Znalazła ich w głębi ogrodu, koło studni, klęczących, z twarzami ukrytymi w dłoniach i płaczących gorzko! Jej widok zdumiał ich i uśmiechając się przez łzy wykrzyknęli:

- To ty?... Twoja siostra przyszła tu po wodę i powiedziała nam, że już cię zabili. Tak się za ciebie modliliśmy i tak płakaliśmy…

Byli do tego stopnia przekonani, iż jej powrót jest także wynikiem ich łez i modlitw, że długo jeszcze gotowi byli pozostawać przy studni niby przed ołtarzem, wychwalać dobrego Pana Boga i dziękować Mu oraz Matce Boskiej. Ale wkrótce zrobiło się ciemno i chcąc nie chcąc musieli wrócić na noc do domu.

Natsępnego dnia (12 sierpnia) w Aljustrel z każdą godziną zbierał się coraz większy tłum ciekawskich i ludzi pobożnych, a w domach rodzin Marto i dos Santos zdenerwowanie wzrastało proporcjonalnie do powiększania się tłumu.

- Popatrz tylko, ile zamieszania z powodu trojga dzieci… Czy to może dobrze się skończyć? Z Villanova dochodzą już pomruki burzy i trzeba liczyć się z tym, że wcześniej lub później rozszaleje się ona nad głowami tych, którzy nic w tym wszystkim nie zawinili.

Matka Łucji była najbardziej ze wszystkich zaniepokojona i zapłaciłaby każdą cenę, byleby, jak powiadała, uciąć sprawę przez jakieś drakońskie posunięcie, ale takiego posunięcia nie potrafiła znaleźć, a jeśli nawet wydawało się jej, iż jedynym sposobem byłoby trzymać córkę pod kluczem, nie zabrakło ludzi, którzy odwiedli ją od tego zamiaru, dając jej do zrozumienia, że ma do czynienia z dziewczynką szaloną i o wybujałej fantazji i że po kimś takim można spodziewać się rzeczy najgorszych. W sumie postanowiono pozwolić, żeby wszystko toczyło się swoim torem i „co będzie, to będzie”.

Natomiast dzieci były zupełnie spokojne. Nie przejmowały się ani obecnością publiczności, ani niepokojem bliskich. Do tego stopnia zawładnęły nimi sprawy nadprzyrodzone i tak były skupione na swoim wewnętrznym świecie, że problemy świata zewnętrznego przestały już je obchodzić.

(c.d.) Wreszcie nadszedł dzień 13 sierpnia!

Nikomu nie mogło nawet przyjść do głowy, że w tak krótkim czasie echo objawień w Fatimie dotrze tak daleko i wzbudzi takie wzburzenie.

Ze wszystkich stron – pisze naoczny świadek – napływał niezliczony tłum. Na wszystkich drogach pełno było ludzi, pieszych, konnych, na wozach lub dwukółkach. Ogłuszająco warczały nadjeżdżające bez przerwy samochody. Koło południa cała dolina Cova da Iria była wypełniona, przemieniona w ludzkie mrowisko, zgromadziło się bowiem piętnaście do dwudziestu tysięcy ludzi. Panował zgiełk spowodowany nie tylko ciekawością i wyczekiwaniem, lecz również tym, że tak niezwykła liczba wierzących i pobożnych ludzi tłoczyła się wokół błogosławionego dębu, pozbawionego teraz liści i gałęzi, zerwanych lub odciętych z pobożności, odmawiała różaniec i śpiewała pieśni maryjne dla skrócenia oczekiwania, nie zważając na palące promienie słońca.

Ale wizjonerów nie było! Zbliżało się południe, a oni ciągle się nie pokazywali.

Łatwo można sobie wyobrazić niepokój, niecierpliwość, wzburzenie, rozczarowanie, a również najbardziej sprzeczne komentarze. Mówiono nawet o niegodnej sztuczce, o przykrym żarcie, o prima aprilisie w środku sierpnia.

Zegary wskazywały południe. Tłum zaczął się burzyć, falować, drgać i w pewnej chwili pojawiła się krążąca z ust do ust pogłoska: „Aresztowano ich”. Zniecierpliwienie przemieniło się natychmiast w oburzenie. Rozległy się okrzyki protestów, z wielu stron mówili już, że trzeba ruszyć do burmistrza. I wtedy nagle dał się słyszeć potężny grzmot. Tłum umilkł jak zaczarowany, cała dolina pogrążyła się w ciszy jak wtedy, kiedy jest pusta. Może głów wzniosło się do góry, Wszystkie oczy wpatrywały się w mały, pozbawiony liści dąb. I tam, koło dębu nagle przemknęła błyskawica, a następnie ukazał się niewinny, świetlisty obłok.

Zerwał się bezmierny, nieodparty okrzyk: „Matka Boska… Matka Boska!” Potem znowu zapadła cisza i w tysiącach zdumionych oczu pojawiły się łzy… Po jakiejś chwili obłoczek znikł. Żadnego innego znaku, ale wszyscy widzieli i wszyscy byli przekonani, że Matka Boska stawiła się na spotkanie.

"Fatima", I. Felici.