Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Deszcz kwiatów

 
   

Przechodząc koło niewidomego od urodzenia, uczniowie zapytali Boskiego Nauczyciela: "Czemu urodził się niewidomy? Kto zgrzeszył, on czy jego rodzice?" Odpowiedział Jezus: " ... Stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże".

Gdyby ktoś powiedział burmistrzowi Villanova, że niektórzy ślepcy, również dobrowolni, powiększają tylko chwałę Boga, przyczyniając się do tego, by lepiej ujawniły się Jego dzieła, nie uwierzyłby, chociaż tak właśnie było! Jego uporczywa ślepota miała sprawić, że inni będą lepiej widzieć.

Rzeczywiście, ludzie, którzy jeszcze wątpili albo żywili nieufność, poszli po rozum do głowy. "Jakże mogliby okazywać tak bohatersko wytrwałość i odwagę, gdyby nie miały w tym udziału moce nadprzyrodzone? .. Jakże troje dzieci mogłoby znaleźć w sobie dość siły, żeby bez mrugnięcia powieką stawić czoło groźbie śmierci?" I od tego momentu nikt już nie wątpił w ich szczerość, a pan d'Oliveira zasłużył sobie tylko na sławę człowieka despotycznego i wstrętnego.

Do piątego objawienia, ustalonego na 13 września 1917 roku, doszło w klimacie coraz bardziej umacniającej się wiary i pobożnego zapału, proporcjonalnego do aureoli heroizmu, jaką wizjonerzy byli z każdym dniem coraz bardziej jednomyślnie otoczeni.

(c.d.) Jakże więc wyobrazić sobie, że ogromny tłum mógłby nie pojawić się w Cova da Iria!

Drogi, skróty, ścieżki przedstawiały sobą widok malowniczy i imponujący, ale podczas gdy poprzednio było w widowisku coś beztroskiego i bezbożnego, co zupełnie nie pasowało do wydarzenia, tym razem była to prawdziwa pielgrzymka godna swojej nazwy, pielgrzymka, której widok wystarczał, żeby uronić łzę wzruszenia.

Zewsząd rozlegały się nabożne pieśni i modlitwy, a w miarę jak napływały grupy do Cova, wszyscy zbliżali się do miejsca objawienia z takim samym szacunkiem, mężczyźni z odkrytymi głowami, prawie wszyscy klękając i modląc się żarliwie ... W sumie była to prawdziwa i uroczysta manifestacja wiary.

Dzieci dotarły tuż przed południem, po przebyciu szlaku, który - oczywiście traktując rzecz z należytym dystansem - przypominał wędrówki Jezusa w okolicach Palestyny.

Otaczała je rzesza, która naciskała ze wszystkich stron. Wszyscy chcieli z nimi rozmawiać, wielu podchodziło, by na nic nie zważając paść przed nimi na kolana i prosić o przedstawienie ich pragnień Matce Boskiej. Ci, którzy nie zdołali przedrzeć się przez tłum, krzyczeli z daleka - nawet z murków i drzew, gdzie się wspięli, żeby lepiej ich widzieć. - "Na miłość Boga, módlcie się do naszej Pani, żeby uzdrowiła mojego ułomnego syna ... Żeby  uzdrowiła także mojego, który jest ślepy! ... Także mojego, bo jest kaleką". A inni krzyczeli: "Niech sprawi, żeby wrócił mój syn!. .. mój mąż, który jest na wojnie!. .. Żeby nawróciła mojego, bo jest grzesznikiem! ..."

Oni zaś obiecywali i potwierdzali gestami na prawo i lewo, z trudem posuwając się do przodu dzięki paru mężczyznom, którzy na ochotnika i z wielkim wysiłkiem torowali im drogę.

(c.d.) Kiedy dotarli wreszcie do dębu, Łucja rozkazała wszystkim, żeby się modlili.

Jej głos usłyszeli tylko najbliżej stojący i natychmiast zrobili to, o co prosiła. Idąc za ich przykładem, uklękli także ci, którzy znajdowali się dalej. Wkrótce ponad dwadzieścia tysięcy osób, które, jak się oblicza, zgromadziło się w tym momencie w Cova, padło na kolana, jedni płacząc i modląc się, inni wznosząc na głos błagania, wszyscy zaś drżąc, pełni wiary w matczyną opiekę Królowej Niebios ...

Ogromny tłum był w trakcie tej modlitwy, jego drżenie elektryzowało przestrzeń rozpinając z jednego końca doliny na drugi sieć bijących serc ożywionych przez potężny szelest niewidzialnych skrzydeł, kiedy Łucja wykrzyknęła
radośnie:

- Jest, jest, nadchodzi!

- Nadchodzi! - powtórzyli najbliżej stojący.

- Nadchodzi! - zawtórowali ci dalsi.

Szelest niewidzialnych skrzydeł ucichł. Można było wyczuć w dolinie wstrzymany oddech, a potem już nic, jakby cała rzesza skamieniała.

I oto słońce okryło się zasłoną i świetlista kula zaczęła przemieszczać się ze wschodu na zachód, płynąc powoli i majestatycznie. Niebo jest przejrzyste, nie ma na nim ani jednej chmurki, jedynie ta kula przesuwająca się majestatycznie.

Bezmierny oddech nadal pozostaje wstrzymany. Wizjonerzy już przeżywają w uniesieniu wizję. I Wizja przemawia, chociaż, jak zwykle, tylko oni Ją słyszą:

- Odmawiajcie nadal różaniec, żeby uzyskać zakończenie wojny. W październiku przyjdzie również nasz Pan, Matka Boska Bolesna z Karmelu i święty Józef z Dzieciątkiem, aby pobłogosławić świat. Bóg raduje się waszymi ofiarami, ale nie chce, żebyście spali ze sznurem. Noście go tylko w ciągu dnia.

- Chcieli, żebym poprosiła Cię o wiele rzeczy - ośmieliła się powiedzieć Łucja - o uzdrowienie chorych, jednego głuchoniemego.

- Tak, niektórych uzdrowię. Innych nie. W październiku uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.

Oczywiście tłum nie słyszał tajemniczego głosu i tylko najbliżej stojący mogli zaświadczyć, że Łucja rozmawiała z niewidzialną istotą, ale wszyscy, bliscy i dalecy, podczas tajemniczej rozmowy zauważyli, oczarowani, że powietrze zabarwiło się na bladożółty kolor i że jakiś biały obłok otoczył dąb obejmując swoją poświatą także wizjonerów.

(c.d.) Kiedy później Łucja, budząc się z uniesienia, powiedziała: "Odchodzi!", wielu ujrzało znowu, jak lśniąca kula odrywa się i wzbija prosto w stronę słońca wśród deszczu (którym radowali się wszyscy) białych płatków, delikatnych niby płatki śniegu i znikających tuż nad ziemią.
Matka Boska wznosiła się do swojej siedziby, Aniołowie zaś obsypywali rajskimi kwiatami drogę, którą zdążała na wysokości.

Wkrótce potem Cova da Iria zaczęło pustoszeć, a zapełniły się ludźmi drogi i ścieżki, na których tysiące głosów powtarzało bez znużenia chórem:
- Tam była Matka Boska! ... Tam była Matka Boska!
Jedną z tych ścieżek - prawdopodobnie jakąś mniej uczęszczaną, żeby uniknąć tłoku, w jakim znalazły się rano - wrócili do domu także nasi mali wizjonerzy w towarzystwie rodziców, którzy szli za nimi, troskliwi i drżący ze strachu.
Na twarzach dzieci lśnił jeszcze odblask świetlistego nimbu, który je otaczał, ale robiły wrażenie bladych i zmęczonych.
Od tej chwili straciły trochę ze swoich pięknych rumieńców. Być może wszystkie te wzruszenia, wszystkie te odwiedziny, wszystkie te trudy szkodziły ich zdrowiu ...
Dlatego mama poprosiła, żeby wcześniej niż zwykle poszły spać, a one usłuchały.

Każde z nich, kiedy znalazło się samo w swojej pustej niby cela i pobożnej niby sanktuarium izdebce, pogrążyło się w modlitwie, potem zaczęło się rozbierać, a wreszcie pobożnym ruchem zdejmować włosiennicę, by złożyć ją
na prostym krześle wyplecionym ze słomy.
Odkąd z własnej woli przepasali się nią, po raz pierwszy wszyscy troje ją zdejmowali.
Jakże to?
Matka Boska właśnie tego dnia powiedziała z całkiem szczególną tkliwością: „Bóg raduje się waszymi ofiarami, ale nie chce, żebyście spali ze sznurem. Noście go tylko w ciągu dnia”.
Posłuchali więc z tym uległym wdziękiem, który jest właściwy niewinności.