Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Wicehrabia z Montelo

 
   

Wśród mnóstwa znanych i nieznanych osób, wierzących i tylko ciekawych, pełnych dobrej woli i nieżyczliwych, które chciały zobaczyć i wypytać wizjonerów, a tak licznych, że dzieci nie mogły już paść owiec i matka Łucji musiała wreszcie sprzedać wszystkie, 14 września 1917 roku pojawiła się w Aljustrel jedna osoba godna osobnego rozdziału.

Był to pobożny i uczony kapłan, profesor teologii w seminarium, który przybył specjalnie z polecenia władz kościelnych, aby wyjaśnić i zbadać fakty, i który następnie pod pseudonimem Wicehrabia z Montelo miał zostać historykiem Fatimy.

Wicehrabia udał się do domu Łucji, przedstawił się pani Marii Róży i poprosił nader uprzejmie, żeby pozwolono mu przepytać dzieci.

Łucja wówczas zbierała winogrona w winnicy odległej o dwadzieścia minut drogi i trzeba było posłać kogoś, żeby ją sprowadził.

Hiacynta i Franek wracali do domu i dowiedziawszy się, że u kuzynów ktoś na nich czeka, zaraz się tam udali.

Hiacynta przyszła jako pierwsza, a ów gość tak oto opisał ją przy pomocy niewielu, ale za to bardzo wyrazistych pociągnięć pędzla: "Dosyć rozwinięta jak na swój wiek, rysy regularne, cera ciemna, ubrana skromnie w sukienkę, która sięga jej do samych kostek. Najoczywiściej, zdrowa na ciele i umyśle".

Obecność nieznajomego wprawiła ją w wielkie zakłopotanie, jak to się zresztą dzieje ze wszystkimi dziećmi, które przywykły do życia trochę z dala od świata, i na zadawane jej pytania potrafiła odpowiadać tylko monosylabami, prawie niedosłyszalnym głosem i prawie opryskliwie.

(c.d.) Na szczęście zjawił się również Franek, który wybawił ją z tarapatów.
Chłopak wszedł w kaszkiecie, nie pojął gestów, którymi dawano mu do zrozumienia, że powinien odkryć głowę, nic nie mówiąc usiadł, gotów odpowiadać kapłanowi tak po ojcowsku ujmującemu. A odpowiadał naprawdę do rzeczy.

- Widziałem Matkę Boską na koronie małego dębu, jak przybyła od strony, gdzie wschodzi słońce, ale nie słyszałem nic z tego, co Matka Boska mówiła, gdyż rozmawia zawsze tylko z Łucją. Ja tylko patrzyłem...

- Jak była ubrana?... W białą, długą suknię i równie biały płaszcz, który okrywał Jej głowę i sięgał aż do stóp. Dłonie miała złożone i trzymała w nich różaniec... Czy była piękna?... Piękniejsza niż wszyscy ludzie na świecie. Tyle tylko, że przez cały czas była trochę smutna.

W tym czasie Hiacynta wyszła na drogę i, żeby nie tracić czasu, zaczęła bawić się z rówieśnikami. Kiedy ją zawołano, przybiegła. Tym razem miała więcej pewności siebie niż przedtem i na wszystkie pytania odpowiadała płynnie i dokładnie, potwierdzając całkowicie to, co powiedział jej brat. Zmieszała się trochę dopiero, kiedy trzeba było podać, w której dłoni Matka Boska trzymała różaniec, gdyż nie mogła w żaden sposób dopasować ułożenia różańca w swoich rękach. To się dzieciom dosyć często zdarza.
Kiedy padło pytanie, co Matka Boska zalecała Łucji najbardziej, odpowiedziała:

- Codzienne odmawianie różańca. - I dodała, że ona odmawia różaniec codziennie razem z bratem i kuzynką.

Jakieś pół godziny później przyszła Łucja. Wysoka, dobrze rozwinięta, mocna, tryskająca zdrowiem, przedstawiła się z naturalną swobodą, bez śladu czegoś wystudiowanego lub przygotowanego z góry, i chociaż nużyły ją codzienne wypytywania, chętnie odpowiadała na pytania wicehrabiego z Montelo.

Wszystko to, co podali kuzyni, potwierdziła, można by powiedzieć słowo w słowo. Ale jako główna bohaterka wydarzenia mogła wnieść ważne wyjaśnienia dodatkowe. I opisywała wszystko skwapliwie w miarę jak ją wypytywano.

(c.d.) Błyskawica, o której tyle się mówi, nie była, zdaniem Łucji, właściwie błyskawicą, ale raczej błyskiem stopniowo zbliżającego się światła. Najświętsza Panna pojawiała się, nie zaś przybywała, a kiedy odchodziła, to wznosiła się w stronę nieba, tam, gdzie wschodzi słońce... Bała się tylko za pierwszym razem, ale Pani powiedziała, żeby się nie lękać... Potem Łucja zapytała Ją, skąd przybywa, Pani zaś odpowiedziała, że z nieba. Właśnie tak. - Dlaczego czasem w trakcie objawienia opuszczała wzrok? - No bo czasami oślepiało ją! - Co Pani nakazywała? - Codzienne odmawianie różańca za pokój na świecie i za grzeszników i podpowiedziała mi także specjalną modlitwę do odmawiania po każdej tajemnicy, tę modlitwę, która mówi: ,,O mój Jezu, przebacz nam nasze winy..." I podpowiedziała także, żeby część ofiar wiernych przeznaczyć na budowę kaplicy... I obiecała wielki cud na 13 października. I powiedziała, że wtedy pojawi się razem ze świętym Józefem i Dzieciątkiem Jezus... - Co było
prawdą we wszystkich plotkach? Łucja odpowiedziała bez śladu wahania. Tak powiedziała Matka Boska: żeby zbudować kaplicę, że dokona wielkiego cudu, że za ostatnim razem przybędzie razem ze swoim czystym małżonkiem i Boskim Synem. Nie jest to żadna plotka, tylko szczera prawda.

Ale wicehrabiemu bardzo zależało także na wyłuskaniu prawdy w sprawie sławetnej tajemnicy i dlatego zaczął bez ogródek:

- Czy to prawda, że powierzyła CI tajemnicę i wyraźnie zakazała jej wyjawiania?

- Tak, to prawda - odpowiedziała Łucja.

- Dotyczy to tylko ciebie, czy także twoich towarzyszy?

- Dotyczy nas trojga.

- Czy nie mogłabyś wyjawić jej przynajmniej swojemu spowiednikowi?

Na to pytanie dziewczynka zamilkła, zakłopotana, zbita z tropu, gdyż (jak sama powie kilka lat później) czuła się przecież zobowiązana do traktowania jak tajemnicy również rozmaitych spraw, których w rzeczywistości nie zakazano jej wyjawiać.

Na szczęście wicehrabia nie nalegał (c.d.) i przeszedł do innej sprawy:

- Powiadają, że chcąc uniknąć kłopotliwych pytań burmistrza, który chciał poznać tajemnicę, opowiedziałaś mu coś, co nie było zgodne z prawdą, że w ten sposób oszukałaś go i jeszcze się tym chwaliłaś. Czy to prawda?

- Nie, to nieprawda. Nie wyjawiłam mu tajemnicy, bo nie mogłam. Opowiedziałam mu tylko, co powiedziała mi Matka Boska, ale nie okłamałam go.

- Czy to prawda, że Matka Boska rozkazała, żebyś nauczyła się czytać.

- Tak, kiedy objawiła się po raz drugi.

- Ale skoro powiedziała ci, że zabierze cię prosto do nieba, po co miałabyś uczyć się czytania?

- To nieprawda, że Matka Boska powiedziała coś takiego, i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tak twierdzić.

Rzeczywiście, jak już wspomnieliśmy, pierwsza część tajemnicy, dotycząca przyszłości wizjonerów, a przekazana przez Matkę Boską podczas drugiego objawienia i ujawniona następnie publicznie przez samą Łucję z Boskiego upoważnienia w dniu 17 grudnia 1927 roku brzmiała następująco:

Po Hiacyntę i Franka przyjdę wkrótce, ale ty musisz pozostać tu dłużej. Jezus chce posłużyć się tobą, by poznano Mnie i pokochano.

Tak więc wizjonerka wiedziała dobrze, co mówi i co powinna mówić.

Wicehrabia z Montelo nie miał na razie żadnych dalszych pytań i oddalił się usatysfakcjonowany. Ale rozumie się samo przez się, że musiał zdać sprawę z wyników śledztwa komu należy, że wszystko to musiało być rozważone na wyższym szczeblu i że władze kościelne muszą przekonać się, czy jest rzeczą stosowną, żeby jeszcze bardziej ją rozjaśnić i pogłębić.

(c.d.) Tak więc 11 października uczony kapłan znalazł się raz jeszcze w Aljustrel, zatrzymując się przedtem w Villanova u rodziny Gonçalves, jednej z najpoważniejszych w mieście, w celu uzyskania beznamiętnych i wiarygodnych informacji o wydarzeniach, a także o rodzinach wizjonerów, co mogło mieć niemałe znaczenie przy ocenianiu faktów.

Wiadomości uzyskane z tego źródła były zadowalające.

Okazało się, że oboje rodzice Franka i Hiacynty są bardzo dobrzy, głęboko religijni, przez wszystkich poważani. Ojciec - jak zapewniono - jest najuczciwszym w okolicy człowiekiem, niezdolnym do kłamstwa. Ojciec Łucji natomiast nie praktykował zbyt pilnie, ale jego poglądom nic nie można zarzucić. Matka to kobieta energiczna i stanowcza, uczciwa, religijna i nadzwyczaj pracowita. Obydwu rodzinom powodziło się nieźle.

Opinia o samych wizjonerach była nie mniej przychylna.

- Niebezpieczeństwo, że odgrywają komedię - powiedzieli mniej więcej państwo Gonęalves. - Trudno to sobie nawet wyobrazić. Jest to także nieprawdopodobne. Troje dzieci zupełnie prostych... Ta sztuczka nie mogłaby przetrwać nawet pół dnia. Najpierw oczywiście nikt w to wszystko nie wierzył, także my. Ale jak można uwierzyć od razu w taki cud? Jednak teraz wierzą już prawie wszyscy, teraz cały lud jest głęboko przekonany, że dzieci mówią szczerą prawdę. Wystarczy przyjrzeć się tłumom, które prawie codziennie gromadzą się w Cova da Iria. Ci ludzie nie przychodzą z ciekawości, ale dlatego, że wierzą, dlatego, że chcą się modlić... A my? Co o tym myślimy?... Ależ my jesteśmy jeszcze bardziej przekonani niż inni!

(c.d.) Mając już do dyspozycji te ważkie informacje, Wicehrabia przybył do Aljustrel i natychmiast skierował się do domu Łucji. Pani Maria Róża poznała go, przywitała z wielkim uszanowaniem i ponieważ pragnął zadać kilka pytań także jej, zgodziła się chętnie.

Cóż jednak, mój Boże, mogła powiedzieć, skoro taka jest ciągle niepewna i tak waha się między nadzieją, że Najświętsza Panna naprawdę ukazuje się córce, a lękiem, że może chodzić o złudzenie... Czuje się zaniepokojona wszystkimi tymi odwiedzinami, które pozbawiają ją wszelkiej swobody we własnym domu. Może tylko powiedzieć z czystym sumieniem, że o objawieniach dowiedziała się najpierw od innych dzieci, a dopiero potem od własnej córki. Łucja postanowiła o niczym nie mówić i gdyby tamte dzieci wszystkiego nie wyjawiły, ona z pewnością by milczała. Wcale niełatwo było skłonić ją do mówienia.

Ale prawdę mówiąc nawet po tych objawieniach dziewczynka niewiele się zmieniła. Jest grzeczna, podobnie jak poprzednio, podobnie spokojna i pogodna... Nie spostrzegła niczego szczególnego.

Pobożny kapłan zapytał, czy zawsze pozwalała córce chodzić do Cova da Iria, kiedy tylko zechciała?

Doprawdy, gdyby słuchała swego rozumu, zakazałaby jej, ale lękając się, że mogłaby postąpić wbrew woli Bożej, pozwoliła córce tam chodzić. Potem pewnego dnia Hiacynta przyniosła jej gałązkę, na której, według tego, co twierdziły dzieci, Matka Boska postawiła swoją stopę… I ta gałązka miała taki słodki zapach...

Ten zapach poczuła sama, i jakże mogłaby potem zakazać córce chodzenia do Cova da Iria?

Ale nic innego nie potrafiła właściwie powiedzieć. Zakończyła westchnieniem:

- Miejmy nadzieję, że w taki lub inny sposób wszystko będzie wreszcie dokładnie i jasno wiadome, bo ja pośród tych wszystkich wzruszeń, lęków, sporów między ludźmi i z całym tym wypytywaniem nie wiem już, na jakim świecie żyję. Musiałam nawet pozbyć się tych paru owiec, które miałam, bo nie można już nawet posłać tej dziewczynki na pastwisko. Ludzie nie dają jej chwili spokoju. Tyle zyskałam na całej tej sprawie.

Wicehrabia napomniał ją, że powinna, nie okazując zniecierpliwienia ani zniechęcenia, pozwolić, by kierowała nią Opatrzność i poprosił o przysłanie Łucji.

(c.d.) Przyszła Łucja.

Zaczął wypytywać ją o cud, który ma się wydarzyć za dwa dni:

- Nie boisz się, że się ośmieszysz, jeśli nie przydarzy się nic nadzwyczajnego?

- Nie boję się niczego, gdyż obiecała go mnie Matka Boska.

- W którym miejscu Matka Boska życzy sobie wybudowania kaplicy na swoją cześć?

- Nie wiem tego dokładnie, ale myślę, że chce ją mieć w Cova da Iria, ponieważ tam się ukazała.

- Czy umiesz czytać?

- Nie, proszę księdza.

- Nie uczysz się?

- Nie.

- Tak więc nie wykonujesz polecenia Matki Boskiej?

Łucja nic nie odpowiedziała. Nie chciała obarczać winą matki, która nie dała jej jeszcze pozwolenia na chodzenie do szkoły.

Wizytator przeszedł do następnej sprawy:

- Czy Wizja dała ci polecenie, żebyś kazała tłumowi uklęknąć.

- Nie, to ja tego chcę.

- W jakim wieku jest Najświętsza Panna, kiedy się objawia?

- Ma jakieś piętnaście lat.

- Jak wygląda blask, który Ją otacza?

- Jest piękniejszy i bardziej jaśniejący niż światło słońca.

- Nigdy się do ciebie nie uśmiechnęła?

- Nigdy.

- Czy przeszkadzają ci zgiełk i krzyki tłumu, kiedy Ją widzisz?

- Nie, niczego nie słyszę.

Krzyżowy ogień pytań i serie odpowiedzi - pewnych, kategorycznych.

Po Łucji wicehrabia chce raz jeszcze przepytać Hiacyntę.

(c.d.) Po Łucji wicehrabia chce raz jeszcze przepytać Hiacyntę.

- Czy tajemnica została powierzona tylko Łucji, czy także tobie?

- Także mnie.

- Kiedy?

- Za drugim razem, to znaczy w dniu świętego Antoniego.

- Czy ta tajemnica ma służyć do tego, żebyście zostali bogaci?

- Nie.

- Żebyście poszli do nieba?

- Też nie.

- Nie możesz mi jej wyjawić?

- Nie mogę, bo Pani powiedziała, żeby nikomu jej nie mówić.

- Czy ludzie mieliby powód, żeby się zasmucić, gdyby ją znali?

- Tak.

- Czy zawsze rozumiałaś dobrze to, co mówiła Pani?

- Za ostatnim razem nie wszystko dobrze rozumiałam, bo tłum hałasował.

(Hiacynta w odróżnieniu od Łucji słyszała zgiełk tłumu i przeszkadzało to jej).

Wreszcie przepytał raz jeszcze Franka, który potwierdził tylko to wszystko, co powiedział poprzednim razem.

Wicehrabia z Montelo musiał opuścić Aljustrel pod wielkim wrażeniem pewności siebie, jaką okazywała trójka dzieci, i pewnie powiedział sobie w duchu: "Nie, nie zmyśla się w ten sposób. I nie wchodzi tu także w grę złudzenie".

Rzeczywiście napisał później historię Fatimy i wraz ze wspaniałą i nie dającą się zakwestionować dokumentacją ogłosił na przekór światu, zwłaszcza sceptykom i mądralom, dosłowne sprawozdanie z tych niezwykłych odpowiedzi, w których prawda lśni przejrzysta i jasna jak dusze trojga pastuszków, przeniknięte światłem Ducha Świętego.