Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Koniec i początek

 
   

Kiedy słońce znalazło się na swoim miejscu i zakończyły się cudowne znaki, ludzi ogarnął entuzjazm. Uwaga wszystkich skierowała się na dzieci, których zapowiedzi tak dokładnie się spełniły.

Wszyscy chcieli raz jeszcze ich dotknąć, zobaczyć, wypytać, a sześćdziesiąt tysięcy ludzi to zbyt wiele, żeby nie zrobił się wokół nich ogromny tłok.

Kiedy Franek zobaczył, że sprawy przybierają zły obrót, zaczął rozpychać się łokciami i zdołał umknąć. Natomiast Hiacynta poczuła się bezsilna i zaczęła płakać, ale na szczęście znalazł się jakiś chwat, który wziął ją na ręce i postawił bezpiecznie na drodze, powierzając ją czekającym już z niepokojem rodzicom. Łucja - która była głównym ośrodkiem zainteresowania - pozostała samotna na placu boju i wydostała się w poszarpanym ubraniu, bez płaszczyka i nawet bez warkocza, który obcięli jej najbardziej natarczywi dewoci. Ale wydostała się tylko dzięki temu, że jakiś potężnie zbudowany mężczyzna wziął ją na ramiona i trzymał tak ponad morzem głów, aż do chwili, kiedy on także, popychany ze wszystkich stron i nie widząc, gdzie stawia stopy, potknął się o kupkę kamieni i upadł nieszczęśliwie, zrzucając swój żywy ciężar na głowy ludzi, którzy zresztą złapali Łucję i trzymali w górze.

Po południu Cova da Iria zaczęła pustoszeć, ale wielu trwało przy dąbku modląc się jeszcze, gdy tymczasem kilka setek ciekawskich nie zaspokoiwszy dotąd należycie swojej ciekawości, udało się za dziećmi do Aljustrel i nie odchodziło aż do zapadnięcia zupełnych ciemności, tworząc przed ich domem zbiegowisko, chcieli bowiem jeszcze zobaczyć dzieci i zasypać je pytaniami.

(c.d.) Po południu 13 października ksiądz Visconde de Montelo spotkał się z dziećmi, by jeszcze raz wypytać je pojedynczo i w ten sposób uzupełnić swoje informacje.

Łucja potwierdziła w pełni, punkt po punkcie to, co już opowiedzieliśmy. Wszystko, co widziała i słyszała, było jeszcze tak mocno obecne w jej umyśle i duszy! Nic jej nie umknęło, ani jasnobłękitny kolor płaszcza Matki Boskiej, kiedy ukazała się obok słońca wraz z całą Świętą Rodziną, ani czerwony kolor sukni świętego Józefa i Dzieciątka Jezus, ani postawa, w jakiej się ukazali... Nic! Ale nie mniej pewna siebie, a może jeszcze bardziej kategoryczna, okazała się, kiedy relacjonowała to, co Matka Boska powiedziała lub powtórzyła.

A powiedziała, jak wiemy, że jest Matką Boską Różańcową, że chce, by wzniesiono w Cova da Iria poświęconą Jej kaplicę... że nade wszystko pragnie, by nie znieważano już naszego Pana, gdyż zbyt często Go obrażano; by odmawiano różaniec; by proszono o przebaczenie naszych grzechów!

To właśnie najbardziej leżało na sercu Matce Boskiej.

- Sądzisz, że jeszcze się ukaże? - zapytał Visconde.

- Nic mi o tym nie powiedziała - odparła Łucja - ale ja nie liczę na to, że Ją jeszcze zobaczę.

- Nie ma więc zamiaru wracać do Cova da Iria 13 listopada?

- Nie, proszę księdza.

Biała Pani powiedziała wszystko, co powiedzieć zamierzała; miał miejsce obiecany cud; objawiła, kim jest; po cóż miałaby jeszcze wracać.

Mała Hiacynta potwierdziła w całości relację kuzynki.

Ona także widziała w pobliżu słońca Matkę Boską i świętego Józefa, który trzymał na ręku Dzieciątko Jezus; maleńkie dziecko - dodała pragnąc podać dokładniejszy opis - jak Dolinda Józefa das Neves (mniej więcej dwuletnia córeczka sąsiadów); ona także widziała czerwone, zielone i innych kolorów słońce, jak obracało się wokół swojej osi.

Także ona doskonale zrozumiała, czego żądała Matka Boska.

- A czegóż żądała?

- Żeby w Cova da Iria zbudować kaplicę, żeby codziennie odmawiać różaniec, żeby nie obrażać już naszego Pana, bo zbyt często Go znieważano.

Franek, podobnie jak przy poprzednich objawieniach, nie słyszał słów Pani, ale to wszystko, co widziały siostrzyczka i kuzynka, widział także on i zapewniał, że kiedy Matka Boska zniknęła znad dąbka, wkrótce potem ukazała się obok słońca, a Jej oblicze jaśniało bardziej niż słońce...

Troje wizjonerów nie miało jeszcze czasu, żeby wymienić wrażenia między sobą i dlatego - nawet zakładając, że byliby do tego zdolni - nie mogli fantazjować na ten temat i przygotować sobie uzgodnionej wersji. Każde z nich mówiło po prostu to, co widziało i słyszało, a jeśli ich opowieści były identyczne, jeśli widzieli i słyszeli rzeczy cudowne... jaka w tym ich wina?

(c.d.) Dzień cudów zakończył się innym wydarzeniem, które było usankcjonowaniem i uwieńczeniem wszystkich poprzednich.

Maria do Carrno, licząca sobie 47 lat, od pięciu lat cierpiała na bardzo poważną ułomność, która miała wszelkie symptomy gruźlicy, a którą począwszy od roku 1916 pogorszyły jeszcze stałe i ostre bóle w całym ciele, oraz na inne dolegliwości wskazujące na możliwość owrzodzenia jelit.

W 1917 roku jej życie dobiegało kresu. Słysząc jednak o zadziwiających wydarzeniach, jakie miały miejsce w Cova da Iria, otworzyła duszę na nadzieję i obiecała, że jeśli Matka Boska uzdrowi ją, uda się czterokrotnie boso do Fatimy, czyli pokona odległość 35 kilometrów.

I rzeczywiście, 13 sierpnia, pokonując opór męża, który bał się, że mogłaby umrzeć po drodze, udała się tam po raz pierwszy. Kiedy dotarła do Cova da Iria, była u kresu sił, ale po jakimś czasie poczuła się lepiej.

Wrócili 13 września i poczuła się jeszcze lepiej.

Trzynastego października odbyła trzecią pielgrzymkę. Po drodze przemoczyła ją ulewa i na miejsce przyszła w ubraniu przesiąkniętym wodą. Czuła się jednak znakomicie. Bóle, kaszel, obrzęk nóg oraz wszystkie inne  objawy choroby ustąpiły bez śladu. Czuła się całkowicie uzdrowiona i była zdrowa naprawdę.

Był to pierwszy z cudów i łask, które już wkrótce trudno byłoby zliczyć.

W ten sposób kończyła się seria objawień, ale zaczynała historia Najświętszej Panny Fatimskiej, zapowiadając - mamy co do tego niezłomną nadzieję - tryumf Niepokalanego Serca Maryi we wszystkich duszach i w całej udręczonej i zagubionej ludzkości.