Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Rozpalone lampki

 
   

Od tej chwili dzieci, które stały się sławne w całej Portugalii, nie należały już ani do siebie, ani do rodziców, ale do wszystkich, do ciekawskich i pobożnych, którzy pragnęli je zobaczyć, do władz i osobistości, które chciały je wypytywać, do cierpiących i zasmuconych, którzy uważali je za orędowników wobec Niepokalanego Serca Maryi.

One zaś, chociaż niechętnie godziły się na zaspokojenie ciekawości ogółu, a kiedy tylko mogły unikały jej, często uciekając się do z góry przygotowanych i pomysłowych wybiegów, cierpliwie poddawały się wypytywaniu, które, jak im powiedziano i jak same przypuszczały, mogły przyczynić się do chwały naszego Pana i Matki Boskiej.

Nigdy natomiast nie unikały żarliwych i ufnych nalegań ze strony tych, którzy przychodzili, by prosić o modlitwę za siebie lub za bliskich, i w swoich codzinnych pacierzach wstawiały się za nimi ze skrupulatnością równą żarliwości. A Matka Boska często ich wysłuchiwała. Żołnierz, który miał wyruszyć na front pozostawiając poważnie chorą żonę i troje dzieci, złożył w ich niewinne dłonie swój żałosny los i uzyskał uzdrowienie żony i oszczędzony mu został front.

Jakiś młodzieniec z sąsiedniego regionu był aresztowany pod nader poważnym zarzutem, który zaprowadziłby go do więzienia, gdyby nie zdołał dowieść, że jest niewinny, co, zważywszy na okoliczności, było bardzo trudne. Zrozpaczeni rodzice zawierzyli Łucji, by uzyskała od Matki Boskiej uwolnienie ich syna.

W tym czasie cała trójka wizjonerów zaczęła uczęszczać do szkoły, ponieważ w Fatimie została otwarta szkoła również dla dziewcząt, i rodziny, prawdopodobnie idąc za radą wybitnych osób, które bardzo zainteresowały się dziećmi tak wyraźnie wybranymi przez Boga (a w przypadku Łucji było to również wyraźne życzenie Pani Niebios), wysłali do niej razem z Frankiem obydwie dziewczynki. Po drodze do szkoły Łucja przedstawiła kuzynom ten bolesny przypadek. Kiedy dzieci dotarły do Fatimy, Franek powiedział:

- Posłuchajcie, wy pójdziecie do szkoły, a ja do kościoła, by prosić Jezusa o łaskę.

Po szkole Łucja zapytała go:

- Prosiłeś Pana o tę łaskę?

- Tak - odparł Franek. - Mogę powiedzieć, że za kilka dni znajdzie się w domu.

Tak też się stało.

W spokrewnionej z nimi rodzinie był syn, który, tak samo jak syn marnotrawny z Ewangelii, wyruszył w świat i nie dawał znaku życia.

Matka zaklinała Hiacyntę:

- Módl się za niego, powiedz Matce Boskiej, by sprawiła, że odnajdzie drogę do ojcowskiego domu.

(c.d.) W spokrewnionej z nimi rodzinie był syn, który, tak samo jak syn marnotrawny z Ewangelii, wyruszył w świat i nie dawał znaku życia.

Matka zaklinała Hiacyntę:

- Módl się za niego, powiedz Matce Boskiej, by sprawiła, że odnajdzie drogę do ojcowskiego domu.

Kilka dni później nagle pojawił się syn, który tonąc we łzach opowiedział o smutnych kolejach swego losu.

Kradł, uchodziło mu to bezkarnie, ale wydał wszystko, co ukradł, i kiedy został bez grosza przy duszy, aresztowano go za włóczęgostwo. Pewnej ciemnej nocy zdołał uciec z więzienia i ukrył się w gęstym lesie, ale zabłądził. W pewnym momencie, widząc, że się zgubił, ukląkł i z płaczem zaczął się modlić. Ukazała mu się wtedy mała Hiacynta, która ujęła go za rękę, zaprowadziła do drogi i tam zostawiła, dając znak, żeby tą drogą szedł. O świcie znalazł się w dobrze sobie znanym miejscu i ruszył w stronę domu.

Naturalnie owej nocy Hiacynta spała sobie najspokojniej w świecie jak zwykle w swoim łóżeczku pod skrzydłami Anioła Stróża. Tylko że - jak powiedziała, kiedy zaczęto ją wypytywać - wiele modliła się do Matki Boskiej, gdyż współczuła matce biednego wykolejeńca.

Żyła w okolicy kobieta która za każdym razem, kiedy spotykała na drodze trójkę dzieci, szydziła z nich i obsypywała je obelgami.

Pewnego dnia dzieci spotkały ją, kiedy wychodziła bardzo pijana z oberży. Nie pomogło przyspieszenie kroku. Wstrętna kobieta pobiegła za nimi, dogoniła i pod wpływem oparów wina nie tylko zaczęła rzucać zniewagi, ale również je szarpać.

Kiedy Hiacynta, przestraszona jeszcze, ale wcale nie oburzona, uwolniła się z jej szponów, powiedziała:

- Trzeba dużo modlić się do Matki Boskiej i uczynić wiele ofiar za tę kobietę, bo jeśli się nie wyspowiada, z pewnością pójdzie do piekła.

Kilka dni później, kiedy dwoje dzieci bawiło się niewinnie w berka, Hiacynta nagle zatrzymała się i powiedziała:

- Przestańmy się bawić, niechaj ta ofiara będzie za nawrócenie grzeszników. - I nie przypuszczając, że jest obserwowana, jak zwykle wzniosła rączki i wzrok ku niebu i wykrzyknęła:

- O Jezu, to z miłości do Ciebie i za nawrócenie grzeszników.

Przypadek sprawił, że znajdowali się w sąsiedztwie domu, w którym mieszkała owa furia przebrana w niewieście szaty, i również przypadek sprawił, że tamta wszystko widziała przez okno i wszystko słyszała. To wystarczyło. Poruszona gestem niewinnej istoty odmieniła swoje życie i zaczęła również ona powierzać się w swoich modlitwach Najświętszej Pannie, by uzyskać wybaczenie swoich grzechów.

(c.d.) Ale te i podobne wydarzenia, których historia zarejestrowała dziesiątki (na przykład Łucja dzięki swoim łzom i modlitwom uzyskała prawie natychmiastowe uzdrowienie umierającej matki, Hiacynta zaś – uzdrowienie pewnej starszej pani udręczonej przez straszliwe bóle), stanowią jedynie odbicie tego, co działo się w duszach trzech wybranych istot, dzięki jednoczesnemu i stałemu działaniu ich woli i łaski Bożej.

Rzeczywiście, wystarczy przyjrzeć się ich duszyczkom, żeby przekonać się, że nad tym nadprzyrodzonym światłem, rozpalonym w nich ręką Boga, a dzięki objawieniu podsycanym i umacnianym, mieli stale pieczę i że rozniecali je codziennie z wiernością, jakiej wymaga się od sług Ewangelii, trzymających lampkę zapaloną i napełnioną oliwą i czekających aż oblubieniec wróci, zastuka do drzwi i zastanie wtedy w gotowości tego, który winien być w gotowości, by otworzyć drzwi i zapalić światło.

Matka Boska ceni pokorę, tę cnotę, która spodobała się w Niej naszemu Panu tak bardzo, że uczynił Ją błogosławioną wobec nieba i ziemi.

Dzieci, które widziały Matkę Boską, które poruszyły cały lud, które były poszukiwane przez ludzi wszelakiego stanu i uznane za wartościowych pośredników wobec samej Królowej Niebios, mogły grzeszyć również przez pychę. Ale nie grzeszyły pychą ani trochę - dzięki Bogu.

Im bardziej były poszukiwane, im więcej je wychwalano, podziwiano, czczono, tym bardziej się ukrywały. Bały się pochwał i zdecydowanie od nich uciekały. Można by powiedzieć, że wyczuwały w tym jeśli nie grzech to pokusę.

Łucja mówi w słowach prostych, ale dlatego właśnie znamiennych i ujawniających ich stan ducha i ich niewinne przekonanie: "Ta ilość pochwał nużyła nas. Jeśli o mnie chodzi, czułam, że nie jest prawdą to wszystko, co o mnie mówią".

Pozostała dwójka, każde z nich na własny rachunek, myślała tak samo. I nie mogłaby w lepszym świetle ujawnić się cała ich pokora.

 

(c.d.) Odwiedzający często spędzali w Aljustrel pół dnia, byleby tylko ich zobaczyć, ale oni na te pół dnia znikali bez śladu.

Gdzie się ukrywali? Nie w głębi ogrodu Łucji, w pobliżu studni, gdzie z całą pewnością by ich wypatrzono. Na pobliskiej górze była głęboka, mroczna grota ukryta wśród krzaków. Tam właśnie ukrywali się przez całe godziny.

Nie dla zabawy, ale żeby odmawiać różaniec, żeby powtarzać modlitwę Anioła, by czynić umartwienia znane tylko Panu - nie jedząc nic, ani nie pijąc.

Nie wiemy, czemu jeszcze po objawieniu opóźniano chwilę przystąpienia Hiacynty i Franka do Pierwszej Komunii; powinni byli do niej przystąpić nawet kosztem naruszenia miejscowych obyczajów.

Mogło by się wydawać, że rzeczywista Komunia z Panem byłaby godnym uwieńczeniem cudów i tego ich niezwykłego pragnienia uświęcenia. Jednak wypełniało ten brak gwałtowne pragnienie duszy i można powiedzieć, że duchowo codziennie przyjmowali Pana nad Panami.

Po drodze do szkoły nigdy nie zaniedbywali wstąpić do kościoła i zatrzymać się przed Najświętszym Sakramentem, najdłużej jak tylko mogli. I trwali tam w skupieniu, jak w Cova da Iria w obliczu Matki Boskiej okrytej słonecznym płaszczem.

Tutaj Jezus był ukryty, ale oni widzieli Go, czuli Jego obecność dzięki temu tajemnemu postrzeganiu, które jest przywilejem ludzi czystego serca.

Hiacynta mawiała, że chciałaby spędzać dużo czasu z ukrytym Jezusem, że chętnie pozostawałaby tam przez cały czas, bo tak pięknie było tam przebywać i tyle rzeczy miała Mu do powiedzenia.

Franek nie pozostawał w tyle. Ileż to razy już, już mając opuścić swój zakątek przed ołtarzem, gdyż nadszedł czas, żeby pójść do szkoły, mówił do Łucji:

- Posłuchaj, idź do szkoły, a ja zostanę tutaj z ukrytym Jezusem. Nie warto, żebym się uczył, bo już wkrótce pójdę do nieba. Kiedy będziesz wracała, wstąp tu po mnie.

Po szkole zastawała go dalej klęczącego przy ołtarzu, ze złożonymi rękami, spojrzeniem utkwionym w tabernakulum, skupionego niby serafin.

Wracali do domu, jedli, a potem... potem grzecznie robili to, o co prosili rodzice - zupełnie tak samo, jak Dzieciątko Jezus u siebie w Nazarecie. Ale przy wszystkich zajęciach ich umysły były zawsze pogrążone w modlitwie, ich życie zaś było nieustannym wznoszeniem się do Boga.

(c.d.) Pewien ksiądz, "święty ojciec Cruz" (jak nazywali go wszyscy), który udał się do Fatimy, żeby wyrobić sobie właściwe zdanie o wydarzeniach i który wraz z nimi udał się na miejsce, gdzie miał miejsce cud, nauczył ich po drodze - kiedy szli u boku wielebnego starca dosiadającego leniwego osiołka - krótkich aktów strzelistych do codziennego powtarzania.

Między innymi następujących: ,,0 Jezu, kocham Cię", "Słodkie Serce Maryi, bądź moim wybawieniem". Hiacyncie bardzo się podobały i wykonując to, o co prosiła mama, a nawet jedząc i odrabiając lekcje, co chwila przerywała zajęcie, żeby powtórzyć: "Mój Jezu, kocham Cię - Słodkie serce Maryi, bądź moim wybawieniem". Tak samo postępował Franek.

Łucji inny pobożny ksiądz powiedział pewnego dnia:

- Moje dziecko, musisz bardzo kochać naszego Pana, skoro obdarzył cię i obdarza tyloma łaskami i dobrodziejstwami.

Ona zaś, cokolwiek robiła, powtarzała sto razy na dzień: "Boże mój, kocham Cię z wdzięczności za łaski, jakimi mnie obdarzyłeś". Ale wcale nie zachowała tego wyłącznie dla siebie, przecież również kuzyni powinni bardzo kochać Boga. I również oni ciągle powtarzali te słowa, na głos i cichutko, w domu, na drodze, zawsze i wszędzie.

Tak więc była to nie ustająca pieśń chwały, nieprzerwany hymn, który wzbijał się ku niebu z głębi dusz wybranych istot.

Pod wieczór spotykali się w swojej oazie przy studni, by wspólnie się modlić i by na swój sposób dokonać rachunku sumienia - podsumowania dnia.

Codziennie też zdarzały się, w kościele i w domu, prośby ludzi pobożnych o modlitwę za jakiegoś zatwardziałego grzesznika i Hiacynta napominała z powagą:

- Musimy się modlić i dokonywać wielu ofiar, bo inaczej ten biedaczek pójdzie do piekła.

Nigdy dla nich nie było dosyć modlitwy, nigdy zbyt wiele ofiar już złożonych i zamierzonych (ale niech nikt się o tym nie dowie, gdyż nie zostałyby wtedy przyjęte przez Boga). I nikt niczego się nigdy nie dowiedział, dopóki Łucja nie otrzymała polecenia, żeby objawić chwałę Boga, kiedy Hiacynta i Franek już od dłuższego czasu radowali się wieczną nagrodą.

(c.d.) Pod sklepieniem nieba, kiedy w górze zapalały się kolejno światełka aniołów i rozproszona jasność zapowiadała ukazanie się lampki Matki Bożej, modlitwa trwała nadal i nadal się wzbijała. Serce Jezusa... Niepokalane Serce Maryi... Zasmucony Pan Jezus... biedni grzesznicy... Ojciec Święty... Ileż bijących serc roztapiało się w jednym biciu serca, ileż świateł współzawodniczyło ze światłami niebieskimi rozpalonymi rękami aniołów.

Te istoty żyły jeszcze na tym padole, ale już nie były z tego padołu. Hiacynta często powtarzała:

- Tak bardzo kocham naszego Pana i Matkę Boską, że nigdy nie męczy mnie powtarzanie, jak bardzo Ich kocham... Tak lubię powtarzać Jezusowi, że Go kocham... Kiedy powtarzam Mu to wiele razy, wydaje mi się, że mam w piersi jakby ogień, ale ten ogień nie pali.

Był to ten płomień, który hartuje wybrane dusze. Czyż zresztą nie zbliżał się zapowiedziany rozstrzygający dzień, który ją i jej braciszka doprowadzi do wiecznej szczęśliwości.

To właśnie powiedziała im Matka Boska, i czymże teraz był ten ogień, jeśli nie stopniowym zbliżaniem się duszy do rozpłomienionej krynicy Bożej Miłości?

- Po co chodzić do szkoły - mówił Franek - skoro wkrótce pójdziemy do nieba? - Był to pewnik, była to sama istota wszystkiego, na co oczekiwali.

Oni dwoje odejdą. Łucja nie, to było wiadome, ale kiedy dusza zaczyna poruszać się swobodnie w rozluźnionych więzach ciała i już ma się zerwać do lotu, czuje wtedy, że otacza ją przestrzeń wolności i czasami przemawia językiem, który zna wieczną mądrość.

Pewnego dnia Hiacynta powiedziała Łucji:

- Niedługo już pójdę do raju, a ty pozostaniesz tutaj, by ludzie widzieli, że Pan chce ustanowić w świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy będziesz o tym mówić, nie kryj się. Powiedz wszystkim, że Bóg udziela nam swoich łask za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, więc niech Ją o nie proszą, że Jezus chce, by wraz z Jego Sercem wielbiono Niepokalane Serce Maryi, że powinni prosić o pokój Niepokalane Serce Maryi, bo Bóg, Pan nasz powierzył Jej sprawę pokoju.

Podczas objawień była tylko świadkiem, teraz została żarliwym heroldem wielkiego orędzia z Fatimy, przemawiała tonem kogoś, kto ma rozgłosić rozporządzenie i wyjawić nieprzepartą Prawdę.

Przemawiała więc władczo, ona, siedmioletnia dziewczynka, i nie tylko do kuzynki, która rozmawiała bezpośrednio z Matką Boską, ale do wszystkich. "Powiedz wszystkim, że Jezus chce..." Ale czego chciał Jezus?

By we wszystkich sercach rozgorzał ogień, który ona czuła "w środku" - w swoim sercu - i który kazał jej tak bardzo ukochać Serce Jezusa i Maryi.

W tym była cała jej władza, cała jej siła.