Wesoła, ul. Wiosny Ludów 46, 41-408, tel. 032 222 32 81

 

Strona główna
Patronka
Bp Piotr Greger
Ogłoszenia
Intencje
Informacje
Kancelaria
O Parafii
Duszpasterze
Grupy
Wydarzenia
Roczne
Sprawozdanie
Galeria

 

Ty pozostaniesz...

 
   

Tak właśnie powiedziała Matka Boska Łucji: "Ty musisz pozostać tutaj dłużej". Wyjaśniła jej także dlaczego: "Jezus chce posłużyć się tobą, by poznano mnie i pokochano". Tak więc nie mogła ani zazdrościć losu kuzynom, ani się użalać. Trzeba było odejść albo trzeba było pozostać, ale zawsze jest rzeczą wspaniałą, jeśli ma się pewność, że spełnia się wolę Boga.

Ale teraz była sama i wystarczy uświadomić sobie jakiego rodzaju zażyłość łączyła ją z kuzynami, by zrozumieć, jak bardzo samotna się czuła i do jakiego stopnia jej duch był, jeśli można tak powiedzieć, okaleczony.

Posłuchajmy tego, co mówi na ten temat ona sama:

Jakiż smutek mnie ogarnął, kiedy zobaczyłam, że zostałam sama! Nasz Pan w ciągu tak krótkiego czasu zabrał do nieba mojego kochanego tatusia, a potem Franka i wreszcie Hiacyntę. Kiedy tylko stało się to możliwe, pobiegłam na Cabeço i tam skryłam się w skalistej grocie i sama z Bogiem tylko dałam upust mojemu bólowi przelewając obficie łzy.

Kiedy schodziłam z góry, wszystko przypominało mi moich towarzyszy: kamienie, na których często siadaliśmy, ulubione kwiaty Hiacynty, doliny, gdzie wspólnie smakowaliśmy radości raju.

Prawie powątpiewając w rzeczywistość i jakby w roztargnieniu weszłam któregoś dnia do domu ciotki, skierowałam kroki do izdebki Hiacynty i zawołałam ją po imieniu. Jej siostra, Teresa, widząc mnie w tym stanie, zagrodziła mi drogę i przypomniała bolesną rzeczywistość: Hiacynty już tu nie ma!

Tego samego dnia przyszła wiadomość, że odeszła do nieba.

Przywieźli jej zwłoki do Ourém i ciotka zaprowadziła mnie do śmiertelnych szczątków swojej córeczki. Długo jeszcze miałam wrażenie, że mój smutek jest z każdym dniem większy.

Często udawała się na miejsce objawień, zawsze skromna i pobożna, by odmówić różaniec wraz z wiernymi, którzy nadal licznie tam napływali, ale nawet wtedy, nie mając przy sobie dwojga drogich jej sercu istot, które były jakby dwa jej ramiona, czuła się niepewna i zagubiona.

Wydawało się jej, że nic już po niej w tych miejscach, że rozdział jej życia zatytułowany "Fatima" został ostatecznie zamknięty.

(c.d.) Czuła, że w pewnym sensie ona także powinna umrzeć, przynajmniej trochę, przynajmniej umrzeć na jakieś sprawy.

W tej atmosferze smutku i opuszczenia dojrzał zamiar pilnego skupienia, spokoju i ciszy życia w klasztorze i dzięki natchnionemu i cennemu wsparciu biskupa Leiria, po uzgodnieniu z rodzicami i w najzupełniejszej tajemnicy zaczęła ten plan urzeczywistniać.

Kiedy zapadła noc, poszła do swojej studni.

Blady promień księżyca rzucał światło na kamienną cembrowinę. W tym blasku, który Hiacynta nazywała lampką Matki Boskiej, uklękła, położyła głowę na skraju studni... Kuzyni byli tu z nią, w półcieniu i także oni powtarzali szeptem tkliwą modlitwę pożegnania.

Po jakimś czasie podniosła się i ucałowała goły kamień. Żegnaj najdroższa oazo, świadku tylu sekretnych i czystych radości!

Kiedy znalazła się przed domem, zatrzymała się na chwilę, by popatrzeć na piękne, wygwieżdżone niebo.

Żegnajcie zachwycające świetliste dni, żegnajcie przejrzyste fatimskie noce.

Pożegnała się ze wszystkimi...

Następnego dnia o drugiej nad ranem, tak żeby nikt jej nie widział, w towarzystwie swojej mamy i pewnego robotnika, który udawał się do Leiria, wyruszyła z Aljustrel zabierając ze sobą nienaruszoną tajemnicę.

Mała grupka jeszcze po ciemku dotarła do Cova da Iria. Nie było tu ani śladu życia. Cudowne drzewko stało pośrodku doliny, samo, ogołocone z gałęzi, także ono okaleczone.

Łucja nie potrzebowała wytęża wzroku, żeby je wypatrzyć, widziała je oczyma duszy.

Podeszła do niego pewnym krokiem, klęknęła na okrytej rosą ziemi i odmówiła ostatni różaniec.

Kiedy skończyła, pocałowała błogosławiony pień, pogłaskała dłońmi niby żywą istotę. Rozejrzała się dokoła, jakby odnajdowała odblask jej tylko znanego światła. Westchnęła.

- Idziemy - powiedziała, a jej głos drżał niepohamowanym łkaniem.

Mała grupka ruszyła w drogę.

Teraz pierwszy brzask pobielił niebo i zaczął odsłaniać grzbiety wzgórz i kępy drzew.

Po przejściu kilku kroków, wizjonerka odwróciła się. Nakreśliła w powietrzu gest pozdrowienia i ruszyła dalej. Chwilę później znowu przystanęła, potem znowu... raz jeszcze.... aż grzbiet wzniesienia rozciągnął między Cova da Iria a jej spojrzeniem kurtynę skał, obronny mur między jaśniejącą przeszłością, a nieznaną przyszłością.

(c.d.) Łucja w towarzystwie swojej mamy i pewnego robotnika, który udawał się do Leiria, wyruszyła ostatecznie z Aljustrel zabierając ze sobą nienaruszoną tajemnicę.

. Łucja uściskała matkę - swoją biedną mamusię - i pociągiem o godzinie drugiej ruszyła ku nowemu przeznaczeniu.

Jak było do przewidzenia, wiadomość o "zniknięciu" ostatniego już z trójki wizjonerów bardzo szybko rozeszła się i wywołała najprzeróżniejsze i najdziwniejsze domysły, co doprowadziło do tego, że burmistrz Ourém raz jeszcze uznał za swój obowiązek wtrącić się do sprawy.

Posłał więc po panią Marię Różę i zapytał, "co stało się z jej córką". A ponieważ ból rozstania wcale nie zmniejszył jej wrodzonej stanowczości, odpowiedziała:

- Moja córka jest tam, gdzie jej i mnie się podoba. Nie mam nic tu więcej do wyjaśniania.

I gorliwy funkcjonariusz zrozumiał, że nie ma sensu dalej pytać.

Prawdę mówiąc Łucja nie była ani tam, gdzie chciała ona, ani tam, gdzie chciała jej mama, ale tam, dokąd wola wyższego rzędu wzywała ją w celach, które dopiero w miarę upływu czasu miały stać się widoczne i uzasadnione.

Siedemnastego stycznia 1921 roku wizjonerka zamieszkała w katolickim pensjonacie w Vilar (Oporto), kierowanym przez siostry świętej Doroty. Tam, nadal idąc za radami mądrego pasterza Leiria, postanowiła zostać zakonnicą i wkrótce potem udała się do Tuy, starego hiszpańskiego miasta na prawym brzegu Minho i wstąpiła do nowicjatu, który portugalska prowincja Instytutu Błogosławionej Pauli Frassinetti otworzyła po wypędzeniu z Portugalii w 1910 roku.

Wraz z habitem przyjęła imię Maria Lucia das Dores - to znaczy Marii Łucji od Boleści - i zaczęła swoje nowe życie skromnej służebnicy Pana.

Trzeciego października 1928 roku złożyła pierwsze śluby, a trzeciego października 1934 roku śluby wieczyste.

Kiedy w Hiszpanii wybuchła rewolucja, siostra Maria od Boleści wróciła do Portugalii i została przeniesiona do Kolegium w Sardao (Oporto). Później, dzięki bezpośredniemu upoważnieniu od Piusa XII, czując się bardziej niż kiedykolwiek powołana do życia w kontemplacji i ofierze, wstąpiła do karmelitanek bosych w Coimbra, gdzie 13 maja 1948 roku oblekła habit, a 31 maja 1949 roku złożyła uroczyste śluby przyjmując imię siostry Marii od Niepokalanego Serca.

(c.d.) Powiada się, że Matka Boska sprzyja jej nadal, obdarzając nowymi łaskami.

Dyskrecja wymaga, żeby na razie na tym stwierdzeniu poprzestać.

Jeśli jednak jest prawdą - a jest nią - że Matka Boska, która tak wcześnie przeniosła do nieba dwa pozostałe wonne kwiaty, ją zechciała dłużej pozostawić na tym padole dla swojej większej chwały, można powiedzieć, że Łucja w swym klasztornym zamknięciu wykonuje - tak, jak zapragnął tego Bóg - wyjątkowe posłannictwo zbawienia.

Dlatego słusznie została określona jako cenne i ukryte naczynie zawierające święty skarb, który niebiosa pozwalają nam stopniowo odkrywać.

Gdyby nie ona, świat nie znałby cudów dokonanych przez łaskę w duszach Hiacynty i Franka, i nie czciłby w tych dwojgu pastuszków dobrowolnych ofiar Miłości i Zadośćuczynienia.

Ale Łucja jest także powierniczką prawdziwej i właściwej tajemnicy Bożej.

W nocy z 24 na 25 stycznia 1938 roku dziwna zorza polarna rozświetliła bajecznie niebo nad Portugalią. Wizjonerka uznała, że chodzi tutaj o "znak od Boga" zapowiedziany przez objawienie, a ponieważ była przekonana, że rozpęta się wkrótce największa i najstraszniejsza wojna, zrobiła wszystko, co możliwe, by wykonać swoje posłannictwo, to znaczy nakłonić świat do tego, by przestał znieważać Boga i dzięki temu uniknął nieuchronnej kary.

Za przyzwoleniem nieba wyjawiła ludziom przerażającą wizję piekła.

Nic nie pomogło. Być może, zamiast godziny Opatrzności musiała przyjść godzina kary "zasłużonej przez świat wskutek wielu zbrodni", może spotyka nas zapowiedziana nauczka...

Ale część (być może nie mniej ważna) tego, co Matka Boska powierzyła tej uprzywilejowanej istocie, pozostaje nadal tajemnicą.